wtorek, 10 września 2013

Słuchając głosu Boga

Drodzy czytelnicy!

Dzisiaj podzielę się z Wami kolejnymi doświadczeniami z mojego pobytu w górach, przepięknych Tatrach. 

Kilka słów wstępu...
U mnie w domu często panuje chaos, harmider, hałas. A to gra muzyka, włączony jest telewizor. Ciągle jest zagłuszana cisza, nie ma spokoju. Nie mam możliwości, by pobyć sama w ciszy. W domu mi tego brakuje. Kiedy potrzebuję ciszy, idę do kościoła. Lecz niestety i tam nie zawsze jest cisza, bo często babcie albo gadają albo na głos się modlą, że nie dają innym w ciszy pobyć na Adoracji. 
Dla mnie wyjazd w góry to również czas, kiedy mogę pobyć w ciszy, pobyć sam na sam z Bogiem i słuchać Jego głosu, to co mi chce w tym czasie powiedzieć, jaki ma plan na moje życie. A jak ja mam ten plan odczytać, kiedy nie mam ciszy? Kiedy nie mogę posłuchać, co ma mi do powiedzenia?




 
Wtorek (3.09.2013)

To był ten dzień, o którym już pisałam w poprzednim wpisie, gdy dodzwoniłam się na KUL oraz do Szpitala i dowiedziałam się wtedy, że mogę nie dostać akademika. Byliśmy wtedy najpierw na Wiktorówkach, a potem na Gęsiej Szyi. Gdy szliśmy na górę na Gęsią Szyję, chciałam mieć taki czas w milczeniu, by wsłuchiwać się w to, co Bóg chce mi powiedzieć. Szłam wolniej niż wszyscy, czasem szybciej, bo chciałam być sama, chciałam móc pobyć w ciszy. To był dla mnie bardzo ważny czas i w tym właśnie czasie, usłyszałam bardzo ważne dla mnie słowa: "Nie martw się mieszkaniem, nie martw się. Ja Cię poprowadzę, zatroszczę się o Ciebie". Lecz to nie były jedyne słowa, które usłyszałam. Gdy już byłam prawie przy szczycie, usłyszałam w sercu, bardzo znane mi słowa:
 
"Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą" (Iz 54,10).

Akurat te słowa już dużo razy słyszałam, często dostawałam je podczas modlitwy wstawienniczej. Tylko nadal nie potrafiłam w to uwierzyć, że Bóg właśnie mnie tak mocno kocha taką miłością, mocną jak te góry.
Jak już schodziliśmy z Gęsiej Szyi, nagle się poślizgnęłam i bym zrobiła orzełka, mogło to się źle skończyć, lecz na szczęście Opatrzność czuwa!
W drodze powrotnej do busu, jakoś nie miałam z kim rozmawiać, więc szłam sama. Wtedy zaczął się czas walki duchowej, miałam różne złe myśli związane z krytykowaniem mnie przez moją rodzinę. Podczas tej drogi chciałam nauczyć się większego zaufania Bogu i dlatego też postanowiłam przez kawałek drogi pójść z zamkniętymi oczami, dać się prowadzić Duchowi Świętemu. To uczy zaufania. Po drodze słuchałam muzyki uwielbienia, bo ona mnie uspakaja i wycisza. Słuchałam piosenek po kolei i nagle leci piosenka Zespołu "Razem za Jezusem" z tytułem "Na zawsze Bóg jest wierny" i na początku ksiądz prowadzący ten zespół mówił słowa o wiernej miłości Boga. Słuchałam dalej a tu mówi: "Że góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale jednego mogę być pewien, że Twoja miłość przetrwa wiecznie". Przypadek?
Sami zresztą posłuchajcie: http://w73.wrzuta.pl/audio/38IqnTXVZ5w/razem_za_jezusem_-_na_zawsze_bog_jest_wierny

Środa (4.09.2013)
W nocy miałam traumatyczny sen, przez co się obudziłam i długo nie mogłam usnąć. Po 4:30 przypomniało mi się, że nie odmówiłam pokuty, więc pomodliłam się Litanią do Najświętszego Imienia Jezus. Dopiero po tej modlitwie usnęłam. Kiedy rano wstałam, byłam przybita. Miałam traumę po tym śnie. W dodatku na śniadaniu dostałam mdłości i nie byłam w stanie nic zjeść, więc wcześniej poszłam do pokoju i się położyłam. Byłam przemęczona i fizycznie i psychicznie po tej nocy. Na szczęście na miejscu były dziewczyny ze studiów lekarskich i dali mi gorzkiej herbaty, po której mi przeszło i czułam się dobrze.
Poszliśmy wszyscy razem na Mszę na Kalatówki. Siostra, która nas przywitała, rozśmieszyła nas, gdy powiedziała, że bardzo pobożni jesteśmy, skoro mamy tylu księży :D
W Ewangelii była sytuacja, która była wręcz po prostu o mojej sytuacji z rana:

"Po opuszczeniu synagogi przyszedł do domu Szymona. A wysoka gorączka trawiła teściową Szymona. I prosili Go za nią. On stanąwszy nad nią rozkazał gorączce, i opuściła ją. Zaraz też wstała i usługiwała im. O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich" (Łk 4, 38-40).

Ja co prawda gorączki nie miałam, lecz leżałam w łóżku i byłam wpółżywa. Lecz potem byłam już zdrowa i mogłam służyć innym! To było dla mnie takie ewangeliczne doświadczenie. Również kazanie księdza do mnie przemówiło. Ksiądz mówił, byśmy patrzyli na znaki czasu, by odczytać Boży plan do naszego życia. A ja właśnie poprzez słuchanie w ciszy, słucham Bożego głosu, jaki ma plan na moje życie. Powiedział również takie zdanie, które bardzo mi się spodobało: "Najbezpieczniej jest pod krzyżem. Bo przy krzyżu jest Zmartwychwstanie".

Później ja szłam z grupą na Kasprowy Wierch. Tu zaczął się dla mnie cięższy etap, cięższy pod kątem psychicznym. Chciałam z kimś porozmawiać, coś w ogóle powiedzieć, nikt mnie nie chciał słuchać. Przypomniały mi się podobne sytuacje z poprzednich wyjazdów i miałam traumę, było mi przykro i przez to zamknęłam się w sobie. Psychicznie mnie to dobijało, byłam psychicznie wykończona. Tak więc szłam z tyłu, szłam w ciszy i chciałam, by Bóg do mnie przemówił. Długo nic nie mówił, nic nie słyszałam, co mnie jeszcze bardziej dobijało. Po jakimś czasie usłyszałam: "Patrz na znaki". To jakby dopowiedzenie z kazania. A potem słowa: "Kto ma uszy, niechaj słucha". Szłam dalej, patrząc na drogę. Po drodze widziałam wiele kamieni w kształcie serca. To były właśnie te znaki, na które miałam patrzeć. Znaki Bożej Miłości. Kiedyś bardzo często je widziałam, ciągle wszędzie widziałam serca.

Ja większość drogi szłam sama i w ciszy. Mieliśmy nawet taki postój, na którym ksiądz powiedział, żebyśmy kontemplowali w ciszy i miała być godzina milczenia. Dla mnie to nawet było i lepiej, bo i tak w sumie nic się nie odzywałam. Oczywiście nie wytrzymali i później rozmawiali. Ja jedynie szłam w ciszy. Patrzyłam na znaki.Gdy byliśmy na Kasprowym Wierchu, ja tam aż usnęłam. Ten lek, który biorę ma takie różne skutki uboczne. Kiedy schodziliśmy, znów dłuższy czas szłam sama, nie miałam z kim porozmawiać. Usłyszałam, jak mój kolega rozmawiał z jedną z dziewczyn i mówił o różnych sytuacjach w rodzinie. Zaczęłam płakać. Przypomniały mi się sytuacje u mnie w rodzinie i po prostu już też nie wytrzymałam. To było to, co miałam usłyszeć. Znaki na drodze zobaczyłam, usłyszałam, co miałam usłyszeć. Bóg do mnie przemówił poprzez te sytuacje, mimo iż Go nie słyszałam długi czas.

Przy kolacji, jeden z księży powiedział nam, co do niego powiedziała Basia (córka gospodyni), która ma 4 lata. W domu, gdzie mieszkaliśmy, miała tam huśtawkę do huśtania. Basia powiedziała do księdza: "Panie Jezusie, zobacz jak się huśtam" :D :D  
Dzieci są genialne! Takie bezpośrednie w tym, co robią. Potrafią dostrzegać to, czego dorośli nie potrafią. Widzą Jezusa obecnego w drugim człowieku.

Życzę Wam kochani, abyście i Wy patrzyli na znaki dane Wam od Boga, wsłuchiwali się w Jego głos, Jego plan na Wasze życie. Jak również życzę, byście tak jak ta mała Basia, dostrzegali Jezusa w drugim człowieku!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wulgarne komentarze będą usuwane!