wtorek, 30 lipca 2013

Boża odpowiedź

Witajcie Drogie Owieczki!

Kochane owieczki, chciałabym się z Wami czymś podzielić.Chciałabym się podzielić Słowem, jakie otrzymałam i które rozważałam w minioną niedzielę (28 lipca 2013r.).

W poprzednim wpisie, pisałam Wam, że modlili się nade mną wstawienniczą o moje uzdrowienie z choroby, która może być przyczyną bezpłodności. Wtedy to była środa. Nie napisałam jednak, jakie Słowo otrzymałam. Wtedy jedna z osób modlących się nade mną, przeczytała takie słowa:

"Tak mówi Pan, Bóg Dawida, twego praojca: Słyszałem twoją modlitwę, widziałem twoje łzy. Uzdrowię cię. Za trzy dni pójdziesz do świątyni Pańskiej. Oto dodam do twego życia piętnaście lat" (Iz 38,5 b)

Tak też się stało, trzy dni później była niedziela i poszłam do kościoła. Kiedy poszłam, by przyjąć Komunię i klęczałam, żaden ksiądz nie podchodził. Już myślałam, że żaden nie podejdzie. Modliłam się w ciszy, by Jezus do mnie przyszedł. Chwilę później, jeden z księży zdziwił się, że ja jeszcze klęczę i czekam, przyjęłam Komunię :) Jezus się zatroszczył, by mógł zagościć w moim sercu. Sam do mnie przyszedł! 

Wieczorem przyszedł do mnie z pocieszeniem w Bożym Słowie. Rozważałam wtedy moją formację z dzienniczka. Na ten dzień miałam przeznaczony fragment: Iz 54.

Bardzo poruszył mnie ten cały fragment z Księgi Izajasza. Przytoczę tu kilka fragmentów, które bardzo opisywały moją sytuację, co do uzdrowienia. To była Boża odpowiedź na moją modlitwę i modlitwę wstawienników.

"Śpiewaj z radości, niepłodna, któraś nie rodziła, wybuchnij weselem i wykrzykuj, któraś nie doznała bólów porodu! Bo liczniejsi są synowie porzuconej niż synowie mającej męża, mówi Pan" (Iz 54,1) 

Dzień wcześniej, w sobotę, doświadczyłam niemiłej sytuacji, ktoś mnie bardzo skrzywdził i przywołało to złe wspomnienia z podobnych sytuacji. Bóg ofiarował mi kolejne słowa pocieszenia:

"Nie lękaj się, bo już się nie zawstydzisz, nie wstydź się, bo już nie doznasz pohańbienia. Raczej zapomnisz o wstydzie twej młodości. I nie wspomnisz już hańby twego wdowieństwa" (Iz 54,4)

Psychicznie było bardzo źle ze mną, byłam przygnębiona, nie potrafiłam sobie znaleźć miejsca. W dodatku nie miałam z kim porozmawiać. Bóg przyszedł z kolejnym pocieszeniem:

"Zaiste, jak niewiastę porzuconą i zgnębioną na duchu, wezwał cię Pan. I jakby do porzuconej żony młodości mówi twój Bóg: Na krótką chwilę porzuciłem ciebie, ale z ogromną miłością cię przygarnę. W przystępie gniewu ukryłem przed tobą na krótko swe oblicze, ale w miłości wieczystej nad tobą się ulitowałem, mówi Pan, twój Odkupiciel" (Iz 54,7-8)

Przeczytałam kolejne słowa, które znam na pamięć. Przedstawię je w wersji obrazkowej:

A na koniec rozważałam słowa, które dały mi nadzieję, że Bóg mnie uzdrowi i kiedyś obdarzy mnie dziećmi:

"Wszyscy twoi synowie będą uczniami Pana, wielka będzie szczęśliwość twych dzieci. Będziesz mocno osadzona na sprawiedliwość. Daleka bądź od trwogi, bo nie masz się czego obawiać, i od przestrachu, bo nie ma on przystępu do ciebie. Oto jeśli nastąpi napaść, nie będzie to ode Mnie. Kto na ciebie napada, potknie się z twej przyczyny" (Iz 54,13-15).

Te Słowa z Pisma Świętego bardzo mnie poruszyły, że aż chciało mi się płakać, ale również wlały w moje serce pokój i nadzieję. Nadzieję, że Bóg mnie uzdrowi! 

Drodzy czytelnicy mojego bloga, zachęcam Was do czytania Pisma Świętego i rozważania codziennie. Tam znajdziecie odpowiedź na Waszą sytuację, otrzymacie pocieszenie, ale również te Słowa staną się balsamem na Wasze poranione serce.

A na koniec polecam posłuchać pewnego księdza, który rapuje o czytaniu Pisma Świętego:


"Do wyprostowania są drogi kręte, człowieku czytaj Pismo Święte"

piątek, 26 lipca 2013

Wszystko jest po coś

Witam wszystkich serdecznie, którzy tu zaglądają!

Do dzisiejszego wpisu, bardzo pasuje to zdjęcie z tym podpisem:

W ostatnim czasie bardzo mocno tego doświadczyłam, a właściwie cały czas tego doświadczam. Totalne wywrócenie do góry nogami! Wszystko staje na głowie!

Chciałabym się z Wami podzielić ważnymi refleksjami i to, co odkryłam...

Minionego roku...
W wakacje ubiegłego roku (2012r.), kiedy rejestrowałam się na studia magisterskie do Lublina, wtedy bardziej chciałam uciec z domu, uciec od problemów rodzinnych, mieć święty spokój. Chciałam po prostu wyjechać, by być z dala od domu. By być prawdziwie wolna! Modliłam się wtedy, bym dostała się na studia. Miałam wiele niepokoju w sercu, ale Bóg uczył mnie zaufania, bym Mu się powierzyła. Tak też zrobiłam! Dostałam się na studia! Kiedy już zaczęłam studiować, problemy nie znikały, a ja wciąż uciekałam. Jak wiecie, tak się stało, że w lutym skończyłam studiować, bo wykładowca się uwziął i nie dał mi zaliczenia, zawaliłam też drugi przedmiot. Nie było możliwości, by to poprawić. Poprzez nawał problemów, zarówno duchowych, jak i psychicznych i fizycznych, ciężko mi było się uczyć, miałam problemy z koncentracją. Zawaliłam studia i wróciłam do domu, gdzie nie chciałam wracać, ale nie mogłam od tego uciec. Bóg tak chciał, bym wróciła do mojego miasta rodzinnego i zmierzyła się z problemami, bym od nich nie uciekała. Nie zaliczyłam semestru na studiach, bo to okazało się, tylko moją ucieczką.
Bóg spełnił moje pragnienie, bym studiowała w Lublinie, lecz to było tylko na jakiś czas. Ten czas okazał się również bardzo potrzebny- tam dokonało się moje uwolnienie! Tam przystąpiła do tzw. spowiedzi z furtek, miałam okazję uczestniczyć w rekolekcjach prowadzonych przez Pana Lecha Dokowicza- twórcy filmu "Duch". To tam po raz pierwszy doświadczyłam niesamowitej bliskości nieba! Mogłabym tu jeszcze wiele wyliczać...

Powrót do miasta rodzinnego...
Wróciłam do domu, gdzie potrzeba było naprawić relacje. Od początku mojego powrotu, Jezus zaczął uzdrawiać te relacje, zaczął uzdrawiać moje serce, moje patrzenie na pewne sprawy. Już nie uciekałam od problemów, lecz je rozwiązywałam, wszystko dzięki łasce Bożej! Było też wiele momentów, kiedy miałam próby wiary, czy jestem wierna Chrystusowi, czy idę za Nim. To były trudne momenty, ale dzięki wspólnocie, ludziom których poznałam, udało mi się je przezwyciężyć! Miałam możliwość posługiwać przy Kursie Alfa dla studentów, gdzie mogłam również modlić się wstawienniczo. Duch Święty obdarzył mnie wtedy wieloma łaskami! Przede wszystkim zostałam uzdrowiona z kataru alergicznego, alergii skórnej! To Jezus mnie uzdrowił! Poznałam wielu nowych, wspaniałych ludzi, nawiązałam nowe relacje, odnowiłam stare. Nauczyłam się bardziej doceniać to, co mam! Zaczęłam pracować nad sobą, nad swoim zachowaniem i charakterem. Stałam się bardziej otwarta na innych, bardziej śmiała i odważna. Przestałam się bać przemawiać publicznie. Jezus zaczął również uzdrawiać moje spojrzenie na samą siebie. W moim sercu zagościł pokój i radość, częściej jestem radosna i uśmiechnięta. Nauczyłam się być bardziej dla innych. Przede wszystkim zostałam uwolniona od koszmarów sennych, od myśli samobójczych! Przede wszystkim był to czas wielu łask! Stałam się bardziej duchowo wolna, pełna pokoju, przyjmowania  z pokorą trudnych doświadczeń. To był czas potrzebny, by uzdrowić moją psychikę, ciało i duszę, odnowić relację z Panem, by była czystsza i wierniejsza Jemu i Jego Słowu. To Bóg chciał, bym wróciła na ten czas do rodzinnego miasta, gdzie chciał przemienić moje serce, oczyścić mnie, uzdrowić moje głębokie zranienia  z dzieciństwa. Taka była wola Boża, bym skończyła studia germanistyki w lutym. Mimo iż wiele osób mi mówiło, bym walczyła, ja wiedziałam, że nic się nie zmieni, bo wolą Bożą był mój powrót.
A przede wszystkim również w tym czasie powstał ten blog ewangelizacyjny!

Decyzja
Od lutego br. miałam dużo czasu, by móc się zastanowić, co dalej... Czy będę pracować, czy wrócę gdzieś na studia. Czas szybko leciał i przyszedł czerwiec, kiedy trzeba było podjąć jakąś decyzję.Ciężko mi było podjąć, gdzie chcę iść na studia i coraz bardziej mnie to dobijało. W końcu, kiedy nastał dzień pociechy duchowej- zalogowałam się na studia do Lublina! Po upływie czasu, odkryłam, że to było dane mi od Boga, bym tam się zarejestrować. To było kilka dni pociechy, a później powróciła pustynia duchowa. Tym razem, kiedy czekałam na wyniki rekrutacji, byłam spokojna. Ufałam Bogu i Jego woli.Składałam na inny kierunek, więc tak na prawdę, mogli mnie nie przyjąć, lub mogło mi zabraknąć punktów. Ja ufałam Bogu, oddałam to Jemu. Prosiłam też moich bliskich znajomych, ludzi ze wspólnoty o modlitwę w tej intencji.
Dokładnie trochę ponad tydzień temu- 18 lipca, czyli dzień po moich imieninach, dostałam najlepszy prezent od mojego Ojca w niebie- dostałam się ponownie na studia do Lublina! Od października wracam na studia!
Ufam Mu, że On mnie poprowadzi, pomoże mi, bym tym razem skończyła te studia. Ja zrobię wszystko, co w mojej mocy, by tak było.
Teraz przede wszystkim mam inne nastawienie- nie jadę do Lublina na studia z powodu ucieczki z domu od problemów!

Jak widać, wszystkie doświadczenia nas spotykające, są po coś. Wszystko jest po coś i ma swój sens i cel!
Mimo iż, nam po ludzku, może to się wydać bardzo trudne, nie do pokonania, to Bóg wyprowadzi z tego dobro! Nawet większe niż nam się wydaje! 

Czas trudnego doświadczenia...
Ten czas mojego powrotu do domu; czas pustyni, który przeżywałam, był przygotowaniem mnie do trudniejszego doświadczenia. Zaczęłam mieć większe problemy ze zdrowiem. Możliwe, że nawet mogę mieć operację. Jest u mnie podejrzenie choroby, która jest przyczyną bezpłodności :( Nie ukrywam, że chciałabym mieć w przyszłości dzieci. Odczuwam powołanie do małżeństwa. Początkowo przyjęłam tą wiadomość z pokorą, mimo wszystko, miałam pokój serca. Od 1,5 tygodnia, coraz gorzej się czułam, co powodowało, że miałam gorsze samopoczucie. Pojawił się niepokój w sercu, złe myśli, zwątpienie. 
Niestety zły duch znów namieszał w moim sercu. Jednak dzięki ludziom ode mnie ze wspólnoty, dzięki kochanym kobietkom, które w środę pomodliły się nade mną wstawienniczo, zostałam uwolniona od niepokoju w sercu i złych myśli! Powrócił pokój w sercu i wewnętrzna radość! Znów jestem dobrej myśli! To była dla mnie dość mocna modlitwa, też płakałam. Ufam Bogu, że wyprowadzi z tego dobro! Bóg wie, co robi! 
Moi drodzy czytelnicy, proszę Was o modlitwę w mojej intencji, o uzdrowienie z tej choroby, bym mogła mieć kiedyś dzieci! Będę bardzo wdzięczna.

niedziela, 21 lipca 2013

Uzdrowienie Wewnętrzne

Witajcie owieczki w ręku Pana!

Dokładnie rok temu, w dniach od 17 lipca do 22 lipca 2012 r., uczestniczyłam w Rekolekcjach Uzdrowienia Wewnętrznego. Te rekolekcje nosiły tytuł: "Od smutku do radości".

Rok temu byłam bardzo niepoukładana wewnętrznie. Było wiele rzeczy, wiele ran, które potrzebowały być uzdrowione. Nie dość, że odczuwałam wtedy jeszcze gorszą pustynię duchową, niż tą którą miałam ostatnio, miałam straszne skrupuły, w nocy męczyły mnie koszmary senne i nawet się budziłam o 3 w nocy z płaczem, nie raz nawet z krzykiem.
Byłam perfekcjonistką- wszystko musiało być idealnie zrobione, bez żadnej skazy i dopracowane do końca. A jeśli tak nie było, wpadałam w rozpacz. Ten perfekcjonizm mnie niszczył!
Wówczas również moje serce było przepełnione niepokojem, miałam blokadę w sobie i uraz w sercu szczególnie w relacji z najbliższymi, z rodzicami. Ciężko mi było im tak w pełni przebaczyć i dlatego też miałam problem z IV przykazaniem... Byłam bardzo często smutna, nieszczęśliwa, nie było we mnie takiej prawdziwej radości. Nie doświadczałam miłości, czułam się niekochana, odrzucona. Nigdy nie dziękowałam Bogu za to, że żyję, wręcz odwrotnie- często raczej chciałam umrzeć, coś sobie zrobić. Bardzo byłam zraniona, a niestety też wiele zranień często się powtarzało, co powodowało, że trwałam w błędnym kole. Miałam problem z gniewem, często padałam wręcz w furię, jak również z lenistwem, z którym właściwie wciąż walczę. Najgorsze jednak dla mnie było fałszywe poczucie winy, w które często wpadałam, gdy mnie ktoś niesłusznie oskarżał o coś, co później powodowało rozpacz... Nie akceptowałam siebie, nie potrafiłam siebie kochać, bałam się wychodzić na środek wśród ludzi i coś mówić lub cokolwiek robić. Często też i ja sama obwiniałam innych, a siebie traktowałam jak ofiarę.
A duchowo... często miałam walkę duchową, pustynię i bardzo nie chciałam być oczyszczana, buntowałam się przeciwko oczyszczaniu mnie przez Boga. Miałam różne dręczenia. Miałam opór przed ucałowaniem relikwii, czy też dotknięciem rzeczy świętych, jakoś mnie od tego odpychało... W sercu gościł ciągły niepokój.

Na tych rekolekcjach, które przeżywałam w zeszłym roku, Jezus uzdrowił mnie ze zranień związanych z relacją z moimi rodzicami, szczególnie z mamą. Wtedy zaczęło się stopniowe uzdrawianie tej relacji. Już nawet podczas mojego pobytu na tych rekolekcjach, rodzice do mnie zadzwonili i pytali mnie, jak się tam czuję. A wcześniej byli bardzo przeciwni, bym tam w ogóle pojechała i miałam wiele problemów z tym związanych.
Jezus uwolnił mnie od perfekcjonizmu, już nie musi być u mnie wszystko perfekcyjne i idealnie zrobione! Zostałam uzdrowiona z moich zranionych uczuć, już nie odczuwam odrzucenia. Przede wszystkim również Jezus mnie uwolnił z lęku przed wychodzeniem przed innymi i to jeszcze w tym czasie! Już wtedy się przełamałam i wzięłam udział w jednej ze scenek, czytałam czytanie na Mszy Świętej, a na koniec powiedziałam świadectwo przed wszystkimi!
Miesiąc później po tych rekolekcjach, w zeszłym roku, w dzień moich urodzin, po raz pierwszy dziękowałam za swoje życie! To była mega przemiana, tym bardziej, że jeszcze rok wcześniej (w 2011r.), chciałam umrzeć i miałam myśli samobójcze! 
Jezus sprawił, że stałam się bardziej szczęśliwa, moje serce było przepełnione radością i pokojem. 

Co prawda te rekolekcje były dla mnie bolesnym czasem, bo bardzo często tam płakałam, ale był to płacz uzdrawiający i oczyszczający, ale był to również czas, kiedy doświadczyłam czegoś niesamowitego. Będąc na Adoracji, kiedy byłam taka zapłakana, chciałam wtedy, by Jezus mnie przytulił do Siebie. Najpierw położyłam się rękami na ławce, a później jakoś na nogach. Kiedy tak leżałam na nogach, czułam, jakbym leżała nie na swoich nogach, lecz jakbym leżała na nogach Jezusa! Taką niesamowitą bliskość poczułam! Moje serce się wyciszyło i uspokoiło. W tym czasie, można było podejść do Najświętszego Sakramentu i dotknąć, lecz ja tego nie zrobiłam, bo mnie coś odpychało i czułam się niegodna.
Przede wszystkim, te Rekolekcje były dla mnie najpiękniejszym prezentem imieninowym, jaki dostałam! Dokładnie w dzień moich imienin, zaczynały się te rekolekcje, czyli 17 lipca. To był dzień, którego nigdy nie zapomnę. Kiedy wszyscy mnie tak mile przyjęli, składali życzenia, przytulali i czuło się taką niesamowitą miłość!

To były przepiękne rekolekcje, które bardzo mnie zmieniły i zaczęły nowy etap w moim życiu. Od zeszłorocznych Rekolekcji Uzdrowienia Wewnętrznego, Jezus ciągle mnie uzdrawia z różnych zranień, również jeszcze ze zranień z wczesnego dzieciństwa. Przede wszystkim uzdrowił moje głębokie zranienia sprzed poczęcia, które były tak głębokie, że odczuwałam to fizycznie, poprzez przeszywający ból serca, jakby mi ktoś wbijał igłę w serce... Bardzo wiele się zmieniło od zeszłego roku i ciągle się zmienia, Jezus cały czas mnie uzdrawia i leczy moje poranione serce!
Nie tylko mnie Jezus uzdrowił podczas tych rekolekcji, ale również i inne osoby, obecne na rekolekcjach. Również i Was moje kochane owieczki, Jezus może przytulić Was do Swojego Serca i uzdrowić Wasze poranione serca! Tylko pozwólcie Mu na to! 

A na koniec, umieszczam Wam piosenkę, która stała się hitem podczas tych rekolekcji i której słowa wciąż są mi bardzo bliskie po dzień dzisiejszy: 
"Wierzę Mu, bo On ma moc przezwyciężyć w moim sercu zło. Wierzę Mu, bo On ma właśnie taką moc!"

piątek, 12 lipca 2013

"Bo chora jestem z miłości"

Witajcie Kochane Owieczki!

Znów jakoś nic nie pisałam tutaj, ale to dlatego, że u mnie wiele się dzieje i coraz rzadziej przebywam         w domu i staję się bardziej wolna od Internetu! 

Wreszcie skończył się u mnie czas pustyni duchowej! Po 3 tygodniach tęsknoty za obecnością Boga, tygodniach przepełnionych dziwnym smutkiem, bolesnym czasem oczyszczenia. Mimo, iż był to dla mnie trudny czas, szczególnie gdy czułam nieobecność Boga, ale również i czułam się czasem opuszczona przez innych, nie dostawałam żadnej pociechy, odkryłam, że był to jednak bardzo potrzebny czas.
Podczas pustyni, Bóg stał się dla mnie taki odległy i nie dał mi Siebie odczuwać tak "uczuciowo", wręcz namacalnie i nie dostawałam żadnych łask ani nie mogłam korzystać z tzw. daru języków, odczuwać pokój serca i wewnętrzną radość, ponieważ tak na prawdę byłam do tego zbyt przywiązana. Przywiązywało mnie to, że chciałam odczuwać zawsze tą wewnętrzną radość i pokój, kiedy byłam na Mszy Świętej czy Adoracji. A podczas pustyni duchowej tego właśnie się nie odczuwa... I co wtedy? Pojawia się dziwny stan w sercu, które wypełnia smutek. 
Teraz, gdy skończyła się pustynia duchowa, odkryłam, że Bóg właśnie chciał mnie oczyścić z tego emocjonalnego przywiązania. Tak też się stało, Bóg mnie oczyścił z tego, uzdrowił moje serce! Kiedy jestem w kościele, już tak bardzo nie pragnę odczuwać tej radości, pokoju serca, odczuwać bliskość Jezusa. Ja wiem, że On jest przy mnie, trzyma mnie w ramionach jak owieczkę, która się zgubiła a ją odnalazł. On tam jest obecny! To jest już dla mnie takie po prostu oczywiste. Jezus jest obecny w Eucharystii, w sakramentach, w drugim człowieku, którego stawia na naszej drodze. To mi teraz wystarcza! 

A teraz ta właściwa część z tytułu wpisu...

Chciałabym się z Wami tutaj czymś podzielić, co się zdarzyło w miniony wtorek (czyli 9 lipca 2013r.).
Tego dnia rozważałam z mojej formacji takie słowa zaczerpnięte z Pisma Świętego:

"Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami, bo chora jestem z miłości" (Pnp 2,5)

Ja już od dłuższego czasu kocham się w pewnym chłopaku i kiedy go widzę, po prostu mi odbija! Mam motylki w brzuchu, mocniej bije mi serce, zaczynam nagle skakać, czy robić różne dziwne rzeczy, wręcz właśnie jestem "chora z miłości"!
We wtorek, kiedy szłam na Mszę Świętą na 18 do katedry, szłam przez park. Rozmyślałam wtedy, byłam rozmarzona i tak myślałam, że no może podobać się dziewczynie kilku chłopaków naraz, ale kiedy już się w kimś naprawdę zakocha i go pokocha, to tylko tego konkretnego faceta będzie kochać i nawet gdy się jej będzie podobał też ktoś inny, to serce i tak kocha jednego, bo przecież jak to mówią "Serce- nie sługa". Tak myślałam o tym pewnym chłopaku, czy może go spotkam i chciałam go spotkać, idąc do katedry. Doszłam już prawie do połowy drogi, a tu nagle mnie ktoś woła... Szłam rozmarzona, bujając w obłokach, więc po chwili się skapnęłam, że mnie ktoś wołał... Odwracam się, a tu on! Zagadał chwilę do mnie, coś tam mi z czymś pogratulował i powiedział, że się spieszy, więc poszedł szybciej. Zmierzał tam, gdzie ja. Po tym, gdy go spotkałam, już taka byłam w skowronkach i myślałam o niebieskich migdałach, że w kościele w ogóle nie mogłam się skupić na Mszy. Aż taka byłam zamyślona, że po Komunii poszłam dużo dalej niż w ławce, gdzie siedziałam, bo tak się zakręciłam!
Po Mszy Świętej i po spotkaniu mojej wspólnoty, dostałam propozycję by pójść na karaoke. Ja początkowo jakoś byłam senna i jakoś źle się czułam i nie chciało mi się iść, ale po namowie, w końcu poszłam. Po jakimś czasie, gdy już tam byliśmy, dowiedziałam się, że przyjdzie kolega tego pewnego chłopaka, którego kocham. Chciałam, aby przyprowadził go ze sobą i by moja przyjaciółka mu napisała, by go wziął ze sobą, ale w końcu tak wyszło, że nie napisała... Po jakimś czasie przychodzi ten kolega i patrzymy, przyprowadził go ze sobą! To już drugi raz w ciągu dnia! Bóg spełnił pragnienie mojego serca!
Byłam bardzo szczęśliwa i jeszcze bardziej mi odbijało. Mimo, iż ze mną praktycznie nie rozmawiał, a z wszystkimi innymi rozmawiał, to byłam rozradowana, że on tam był, przyszedł.
Także sprawdzają się słowa Pisma Świętego: "Kto prosi, ten otrzymuje". Ja prosiłam i otrzymałam! To był dla mnie aż nadmiar szczęścia, bo jeszcze w dodatku był tam jeszcze inny chłopak, który również mi się podoba.


Kiedy wróciłam do domu, rozważałam jeszcze inne słowa z Pieśni nad Pieśniami:

"Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach" (Pnp 2,8).

Te słowa tego dnia się spełniły, ukochany mój przyszedł! Może przez góry nie biegał, ani nie skakał po pagórkach, ale przyszedł!
Dalej jeszcze takie słowa:

"Ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos! Bo słodki jest głos twój i twarz pełna wdzięku" (Pnp 2,14b).


A Wy, drodzy czytelnicy, czy jesteście "chorzy z miłości"? Czy znaleźliście swojego ukochanego, ukochaną?
Jeśli nie, to jest jeszcze czas. Ja też nie wiem, czy on mnie kocha. Wiem, co ja czuję do niego. 
Wiedzcie, że na pewno Jezus Was darzy taką miłością, że aż jest chory z tej miłości, szczególnie, gdy inni tej miłości nie odwzajemniają. Jezus biegnie Wam na spotkanie i skacze po pagórkach, by jak najszybciej móc się z Wami złączyć w Komunii Miłości. Przyjmijcie Jego Miłość do Was, a On obdarzy Was ogromną miłością, dzięki której będziecie również potrafili bardziej kochać innych, również waszych wybranków, jeśli macie. Ta Miłość przemienia życia! Przyjdź do Jezusa, On czeka na Ciebie każdego dnia!

 

piątek, 5 lipca 2013

Łzy oczyszczenia- czyli o darze łez

Witajcie Kochani czytelnicy mojego bloga!

Jak już wspominałam we wcześniejszych wpisach, pustynia duchowa jest trudnym i bolesnym czasem oczyszczenia.
Jednym ze sposobów oczyszczenia są łzy. Duch Święty porusza nasze serca i  czasami przychodzi właśnie w postaci daru łez- łez, które oczyszczają i uzdrawiają serce i duszę.
Łzy od Ducha Świętego to nie są takie łzy, czy też płacz, spowodowany wzruszeniem, czy też przez jakieś zranienia przez inne osoby lub płacz ze śmiechu po usłyszeniu dobrego kawału. Ani to nie jest płacz z bezradności, bezsilności, rozpaczy. Nie, to nie są takie łzy! 

Na jednej ze stron znalazłam taką definicję o darze łez:
"Bardzo często dar ten wiąże się ze stanem pocieszenia duchowego i towarzyszy doświadczeniu emocjonalnego uniesienia, które często pojawia się pod wpływem działania Boga. Dar łez jest więc zewnętrznym przejawem działania Boga w sercu człowieka, podczas którego doświadcza on szczególnego stanu pocieszenia, a jego dusza rozpala się miłością do Boga. Dar łez ma charakter oczyszczający i rodzi w sercu poczucie wolności i szczęścia".

W książce "Chata", którą przeczytałam ponad rok temu, przeczytałam takie słowa:
"Och, dziecko. Nie lekceważ cudu łez. One mogą być uzdrawiającymi wodami i strumieniem radości. Czasami są najlepszymi słowami, jakie potrafi wypowiedzieć serce."

Te łzy, które ja otrzymuję, są zdecydowanie uzdrawiającymi wodami!  
Ja doświadczam takiego oczyszczenia, uzdrowienia mojego serca, poprzez łzy. Doświadczam tego szczególnie podczas Mszy Świętej lub Adoracji Najświętszego Sakramentu. Kiedy słyszę poruszające kazanie, czy też gdy jakieś słowa z Czytania lub Słowa z Ewangelii do mnie mocno przemówią, wtedy pojawiają się uzdrawiające łzy. Jednak najczęściej bardzo płaczę podczas Adoracji z modlitwą o uzdrowienie, gdy słyszę konkretne tzw. słowa poznania do mojej sytuacji lub wydarzenia z mojego życia.

W minionym tygodniu, miałam kilka takich sytuacji, gdy płakałam i był to uzdrawiający płacz, który uzdrowił moje serce. 

Piątek (28.06.2013r.)
Tego dnia  przypomniały mi się słowa z ostatniej mojej modlitwy wstawienniczej, kiedy wstawiennicy powiedzieli mi, że jestem kwiatuszkiem dla Boga. Tylko akurat w tym momencie czułam się jak taki uschnięty kwiat, któremu wypadają płatki, który nie ma wody i rośnie w złej glebie, w dodatku na pustyni. Wieczorem byłam na Adoracji, a później na Mszy Świętej. Wtedy ksiądz powiedział takie poruszające moje serce kazanie, że aż łzy same mi leciały z oczu. Ksiądz mówił o sytuacji pewnej osoby, z którą wcześniej rozmawiał. Powiedział, że ta osoba nawróciła się i doświadczyła wielu łask od Boga i kiedy wróciła do swojego domu rodzinnego, to tam jej powiedzieli, że gdy będzie wracać do domu na dłuższy czas, to w tym domu już nie będzie pobożności, do kościoła będzie się chodziło raz na jakiś czas. Ksiądz mówił również, że dlatego ta osoba czuje się odrzucona, niezrozumiana, samotna i opuszczona. Zupełnie jak ja! Dokładnie taka sytuacja, jak u mnie, tyle, że u mnie w ogóle nie chodzą do kościoła i w dodatki mi zabraniają chodzić do kościoła, szczególnie na tygodniu! W kazaniu ksiądz również powiedział, by czytać Pismo Święte i trwać przy Słowie, bo Ono oczyszcza i uzdrawia. To była dla mnie odpowiedź na pytanie, które się we mnie zrodziło tego dnia, co mam robić na tej pustyni. Muszę trwać przy Słowie Bożym! Mieliśmy dłuższą modlitwę uwielbienia i podczas tej modlitwy ksiądz miał poznanie, że jest tu wiele osób, które czują się jak uschnięta róża i że Bóg je ożywia. Ja dokładnie tak się czułam, taka uschnięta!
Po tym płaczu, czułam w sercu ulgę i pojawił się pokój i radość! Bóg uzdrowił moją ranę z tej konkretnej sytuacji u mnie w domu!

Niedziela (30.06.2013r.)
Poszłam rano na Mszę Świętą do mojej parafii. Ciężko mi było. Jakoś nic do mnie nie docierało, nie mogłam się skupić, wszystko wokół mnie rozpraszało i dzieci przeszkadzały. Tego dnia mieliśmy mieć wspólnotowe ognisko, a o 15 przed rozpoczęciem ogniska, miała być Msza Święta. Ja nie wiedziałam, czy uda mi się tam dotrzeć, dlatego poszłam rano. Zanim tam pojechałam, miałam nieciekawą sytuację z mamą. Dogadywała mi różne rzeczy, abym się nie obrażała, bym nie była taka punktualna i zasadnicza, bym się nie frustrowała i żebym z tym walczyła, bo to niszczy mnie i innych... :/ Jak mi to powiedziała, aż chciało mi się płakać, bo mnie tym zraniła. Na miejsce, gdzie mieliśmy mieć ognisko, dotarłam ok 15:20. Jak się okazało, Msza się jeszcze nie zaczęła, więc zdążyłam być. 
W II Czytaniu, były takie słowa: 
"A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli" (Ga 5,15). 

Ksiądz w kazaniu również nawiązywał do tych słów, byśmy nie kąsali siebie nawzajem, jak kąsają nas komary, byśmy się nie obrażali na siebie nawzajem. Wtedy zaczęłam płakać i całe kazanie płakałam. Bardzo mnie to dotknęło, szczególnie po tej sytuacji, którą miałam przed przyjazdem tam. To Słowo było bardzo żywe! To był kolejny płacz uzdrawiający moje poranione serce. Wtedy też przytuliła mnie pewna osoba, gdy tak płakałam. Dobrze jest mieć wspólnotę! Niektórzy byli tam na ognisku ze swoimi dziećmi i ja niektórymi się zajmowałam, to mi dało niezwykłą radość. Jak już kiedyś pisałam, przebywanie z dziećmi uzdrawia serce!

Wtorek (2.07.2013r.)
Z racji, że był 1 wtorek miesiąca, zawsze moja wspólnota prowadzi wtedy Mszę Świętą i Adorację z modlitwą o uzdrowienie. Niestety moja mama mi przeszkodziła w tym, bym nie mogła uczestniczyć we Mszy Świętej i dlatego poszłam później na Adorację. Było mi przykro i smutno z tego powodu, że nie mogła pójść na Mszę Świętą, a bardzo mi brakowało... Postanowiłam pójść na pieszo. Po drodze rozważałam fragment z Pisma Świętego z mojej formacji, a tam przeczytałam takie słowa:
"My zaś, bracia, rozłączeni z wami na krótki czas, nie sercem, ale tylko niemożliwością oglądania was, bardzo gorąco pragnęliśmy widzieć was osobiście. Dlatego chcieliśmy przybyć do was, zwłaszcza ja, Paweł, jeden raz i drugi, ale przeszkodził nam szatan" (1 Tes 2,17-18).

To były słowa opisujące moją sytuację. Chciałam pójść na Mszę wspólnotową, lecz przeszkodził mi szatan i mi uniemożliwił to, bym mogła tam być. Po drodze, gdy tak szłam, widziałam dwie osoby, które miały na koszulkach odwrócony krzyż. A odwrócony krzyż jest znakiem szatańskim, a te osoby mogą być zniewolone. Pomyślałam, że powinno się ewangelizować takie osoby, by im uświadomić, co one noszą. Zobaczyłam, jak wiele jest jeszcze takich miejsc i ludzi, gdzie potrzebna jest ewangelizacja. 
Kiedy doszłam w końcu na Adorację, usiadłam w ławce i tam klęczałam, byłam jakaś zdołowana, przybita i aż tak się położyłam na ławce, tzn. położyłam ręce i oparłam głowę. Gdy ksiądz szedł z Najświętszym Sakramentem i błogosławił, kiedy przechodził blisko mnie, zaczęłam wtedy płakać. Jeszcze bardziej płakałam, gdy usłyszałam takie słowa poznania: "Jest tu kilka osób, które miały kiedyś problem z przebaczeniem swoim rodzicom i im całkowicie przebaczyli, ale mają w sercu ranę i Jezus wypełnia te serca miłością". Ja bardzo zaczęłam płakać po tych słowach. Rzeczywiście tak było. Miałam duży problem z przebaczeniem moim rodzicom pewnych zranień, ale w końcu im wybaczyłam, lecz nadal pozostała jeszcze rana w sercu, niewypełniona miłością. Duch Święty uzdrowił moje serce! Kiedy tak płakałam, poczułam ulgę w sercu.

Tak działa Duch Święty poprzez płacz. Łzy, które uzdrawiają i oczyszczają serce. Łzy, które są doświadczeniem miłości Boga. Nie bójcie się tych łez, gdy zdarzy Wam się płakać w kościele podczas kazania, czy Adoracji. To jest łaska Boża, dar Ducha Świętego, który przychodzi, by nas pocieszyć i uzdrowić!