niedziela, 22 grudnia 2013

To już 3 lata Nowego Życia!

Drogie Owieczki!

Ten post tak naprawdę powinien się pojawić z datą 12 grudnia, lecz piszę go z tygodniowym opóźnieniem, gdyż niestety nie miałam kiedy napisać. Dużo się działo w tym czasie.
Chciałabym się z Wami podzielić ważnym wydarzeniem z mojego życia, które miało miejsce dokładnie 3 lata temu. Dokładniej było to w weekend 10- 12 grudnia 2010r.

3 lata temu w 2010 r. miał miejsce przełomowy czas w moim życiu duchowym. Lecz nie tylko duchowym, ale również i życiu emocjonalnym, kształtowania mojego charakteru. Wcześniej byłam strasznie zamknięta w sobie, nieśmiała, wstydliwa i wszystkiego się bałam. Bałam się wyjść na środek i cokolwiek powiedzieć. Nie lubiłam występować publicznie. To było spowodowane pewną sytuacją, gdy mnie kiedyś inni wyśmiali...  Miałam w sobie dużo nienawiści do chłopaków, do dziewczyn i do samej siebie.  Najgorsze dla mnie było to, że ciągle czułam się bardzo samotna, miałam w sercu pustkę, nie miałam przyjaciół. Byłam pogrążona w smutku, beznadziei i ciągłej rozpaczy. Praktycznie codziennie płakałam, bo nie dawałam sobie sama rady. Właśnie... sama... poszukiwałam oparcia w sobie lub innych, uzależniałam się od innych ludzi, zamiast szukać oparcia w Bogu. Wtedy też nie widziałam sensu życia, bardzo często miałam myśli samobójcze i można powiedzieć, że nawet i nieudane próby, które głupio się zakończyły. Świat miał dla mnie czarno-białe, a raczej czarno-szare barwy. Cały czas byłam smutna, przygnębiona i bez siły do życia.


W tym właśnie bardzo trudnym dla mnie czasie, Bóg przyszedł mi z pomocą. 
W dniach 10-12 grudnia 2010 r. brałam udział w Kursie Nowe Życie. To tam odkryłam, że jestem perłą w oczach Pana Boga, poczułam Jego miłość do mnie i mogłam nawiązać głębszą relację z Duchem Świętym, której przedtem w ogóle nie miałam. Jezus mnie wtedy uwolnił od nienawiści, którą miałam w sobie. Od tamtej pory, zaczęłam mieć lepsze relacje z chłopakami, tak iż nawet zaczęłam mieć więcej kolegów niż koleżanek! To na tym Kursie Nowe Życie, Jezus zaczął zmieniać całkowicie moje życie. Stałam się bardziej otwarta, radosna, po prostu szczęśliwa! Doświadczyłam prawdziwej Bożej Miłości, jak i tej ludzkiej. Dowiedziałam się, jak ważna jestem w oczach Boga, odbudowałam moją wiarę i więź z Duchem Świętym. Doświadczyłam NOWEGO ŻYCIA!

W ciągu tych minionych 3 lat, bardzo wiele się zmieniło w moim życiu. Moja wiara stała się bardziej stała, nauczyłam się trwać przy Bogu mimo wielu przeciwności i trudności, mimo cierpienia, a nie tylko czekać na tzw. "cukierki". Odkryłam, że wiara nie polega tylko na doświadczeniu wspaniałych przeżyć. Stałam się bardziej systematyczna w moich obowiązkach. Potrafię dostrzegać piękno otaczającego świata i widzieć Boże działanie poprzez Słowo Boże w moim zwyczajnym życiu.
Te 3 lata to był zarówno czas walki i wielu przeciwności, lecz przede wszystkim był to czas wielkiej łaski! Czas przemiany mojego serca- z wielkiego lęku do wolności od niego, z zamknięcia się w skorupie- do otwartości na innych! To również czas wyjścia z ciemności, beznadziei i totalnej pustki. Czas, w którym przestałam się bać przemawiać publicznie, zaczęłam cieszyć się życiem i widzieć je w kolorowych barwach! Przez te 3 lata dostałam wiele prezentów- wiele uzdrowień fizycznych i duchowych, poznałam wielu wspaniałych ludzi, otrzymałam duchową rodzinę- we wspólnocie! Dostałam życie, życie w obfitości!
To nie byłoby nic warte, gdyby nie najważniejszy prezent- nowa relacja z Najlepszym Przyjacielem, Pocieszycielem i Lekarzem- z Jezusem! To On zmienia życie, serce i uzdrawia duszę! Chwała Panu za dar Nowego Życia!

"Przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości" (J 10,10)

To moje świętowanie 3 lat Nowego Życia, było również wyjątkowe. W ten dzień zakończyły się akademickie rekolekcje, podczas których rekolekcjonista bardzo przemówił do mojego serca. Również w ten dzień- 12 grudnia, zakończyłam 7-mio tygodniowe rekolekcje- Seminarium Odnowy Wiary w Duchu Świętym, na którym powiedziałam swoje świadectwo, a na zakończenie dostaliśmy cukierki!              Jednak dostałam jeszcze wspanialszy prezent- po 3 latach wreszcie uwierzyłam, że Bóg mnie kocha bezwarunkowo, za darmo i że jestem Jego umiłowaną córką! To jest dla mnie najwspanialszy prezent, jaki mogłam otrzymać! Mimo iż doświadczałam przez te 3 lata Bożej Miłości, ja się buntowałam i nie przyjmowałam tego do siebie. Nie potrafiłam przyjąć Miłości, którą ma dla mnie Bóg. To było dla mnie niepojęte!

Do posłuchania dla Was piosenka, która była mi bliska od mojego Kursu Nowe Życie:

Drogi czytelniku mojego bloga! Jeśli nie uczestniczyłeś nigdy w tym przepięknym Kursie Nowe Życie, to bardzo polecam. To tylko 3 dni, a zmieniają bardzo wiele! W czasie tych 3 dni, tak wiele zrobił dla mnie Jezus.
Jeśli Jezus to uczynił w moim życiu, może to uczynić także w Twoim życiu. Tylko musisz pozwolić Mu się poprowadzić. Decyzja zależy tylko od Ciebie. Czy jesteś gotowy na Nowe Życie?

niedziela, 8 grudnia 2013

"Każdego dnia przy Tobie trwać"

Witajcie kochane owieczki!

Na początku chciałabym Was bardzo, ale to bardzo przeprosić, że od dłuższego czasu tu nic nie pisałam.
Miałam naprawdę bardzo trudny i bolesny czas. Musiałam to przepracować sama, bez pisania tutaj.
Również po prostu nie miałam natchnienia do pisania, kompletna pustka...

To dla mnie ciężki czas- oczyszczenia, uzdrowienia z wielu głęboko zakorzenionych ran, jak również czas walki duchowej. Walki ze zniechęceniem, lenistwem, przeciwnościami, a czasem nawet i z nagłą chorobą, która od razu mija podczas pojawienia się na spotkaniu lub Mszy. To również czas niezrozumienia przez innych, opuszczenia, osamotnienia.  Czas, gdy ludzie, którym mogłam ufać i na nich polegać, zaczynają mi nie wierzyć i być przeciwko mnie, gdzie znikąd nie mam pomocy. Najbardziej boli to, gdy inni nie wierzą Ci, lecz wolą wierzyć w kłamstwa innych. Dlaczego wolą wierzyć w kłamstwa niż w prawdę?
Nagle wszyscy się odwracają, nikt nie chce pomóc, nie potrafi pomóc. Później ludzie się dziwią, dlaczego tyle młodych ludzi popełnia samobójstwo. Ja się nie dziwię... Nie miał kto im pomóc, więc jedyne wyjście widzieli w odebraniu sobie życia...
Jakby tak po ludzku patrzeć, można się załamać całą tą sytuacją. Fakt, nie raz płakałam, lecz były to łzy oczyszczenia. Mimo tych ciężkich doświadczeń, których tu też nie opisałam, staram się trwać przy Bogu. Staram się trwać na modlitwie, mimo iż często nie mogę się skupić. Trwać na Mszy Świętej, mimo iż moje myśli błądzą gdzieś zupełnie w innym kierunku. Trwać w walce do wolności od grzechu, oporem przed spowiedzią. Trwam w formacji, mimo iż to Słowo Bożej jakoś do mnie nie zawsze dociera. Trwam i jestem wierna. Trwam, ponieważ wiem, że tylko Bóg mi pomoże. On jedyny wie i mnie rozumie, On jedyny mnie nigdy nie opuścił i tego nie zrobi, nawet kiedy to ja Go opuszczam.

Lecz Jezus mi obiecuje: "Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 5).

Jeśli będę trwać przy Jezusie, przyniosę owoc obfity, czyli wzrosnę w wierze. Nie tylko oznacza to, że wzrosnę w wierze, ale również to mnie ubogaci, sprawi że będę silniejsza poprzez te doświadczenia. Kiedy będą trwać przy Jezusie, On mnie będzie zmieniał, oczyszczał i uzdrawiał. Przede wszystkim będzie przemieniał moje serce, moje spojrzenie na różne sprawy. Bez Niego sama sobie nie poradzę. On mnie podtrzymuje i pomaga.

"Każdego dnia przy Tobie trwać, poznawać Ciebie.
Pragnę bliżej Ciebie być, pragnę bliżej Ciebie być,
poznawać Ciebie"
Czy Wy, moi kochani czytelnicy, potraficie być wytrwali w modlitwie? Czy trwacie przy Jezusie, kiedy jesteście zupełnie rozkojarzeni, gdy Wam się wszystko wali na głowę i nic się nie składa do tzw. "kupy"? Czy idziecie do Przyjaciela- do Jezusa? Czy Mu ufacie, że On Wam pomoże i wyprowadzi z tego? Co robicie, kiedy wszystko Was przytłacza, a wszyscy Was pozostawili?

sobota, 9 listopada 2013

"Przyjdźcie utrudzeni"

Witajcie kochani blogowicze!

Tak naprawdę to miałam tu napisać wpis w zeszły weekend, lecz o zupełnie innej tematyce.
Jednak jakoś nie miałam natchnienia, ani zbytnio czasu, by napisać.

Niestety znów zaczął się u mnie trudniejszy czas duchowo. Powróciła pustynia duchowa, czas walki duchowej, tęsknoty za przytuleniem Przyjaciela i Jego obecnością, za przytuleniem innych ludzi. To czas, kiedy ciężej jest mi się modlić, trwać na Adoracji. Mimo wszystko trwam! Staram się być częściej na Mszy Świętej również na tygodniu, staram się trwać. Często nawet mimo zniechęcenia, trudności, trwam... 
W tym czasie miałam również niemiłą sytuację z pewnym kolegą, przez co też wiele złego się wydarzyło, musiałam z nim zerwać kontakt. W minionym tygodniu miałam we wtorek pójść do spowiedzi, lecz niestety ksiądz nie spowiadał. Na spotkaniu wspólnoty ciężko mi było trwać w modlitwie, ciężko mi było słuchać katechezy. Odczuwałam smutek duszy, to mnie wewnętrznie bolało, niszczyło. 
Już od dawien dawna nurtowało mnie pytanie: Dlaczego, gdy trwamy w grzechu, to sprawia, że nas tak wewnętrznie boli, odbiera radość życia? 
Tego dnia dostałam w końcu odpowiedź, w mojej formacji. W rozważeniu z podręcznika z mojej formacji, przeczytałam takie słowa: "Kiedy wchodzimy w grzech, Bóg daje nam odczuć swój ból. Bóg czuje ból utraty swojego dziecka, a nas boli sumienie- im większy ból, tym większa jest Jego miłość". 
Teraz już wiem, dlaczego tak się czuję, gdy trwam w grzechu.

Na szczęście następnego dnia, czyli w środę, udało mi się już pójść do spowiedzi. To była piękna spowiedź, a po spowiedzi jeszcze, ksiądz bardzo mocno mnie przytulił :) Czułam Ojcowskie przytulenie, przytulenie Boga. Byłam bardzo radosna z wolności, wolności od grzechu!
W czwartek niestety powrócił smutek duszy, byłam jakoś duchowo przybita. Odczuwałam smutek duszy, miałam duchową walkę. Chciałam pójść wieczorem na Mszę Świętą, lecz czułam jakieś zniechęcenie.        W tym momencie przypomniały mi się słowa z Pisma Świętego, które dostałam kiedyś na modlitwie wstawienniczej: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię" (Mt 11,28).
I tak myślałam: właśnie, gdy jestem taka przybita, zniechęcona, wręcz nawet nie do życia, Jezus chce, bym do Niego przyszła, On chce mnie pokrzepić! Chce mi dodać sił! Chce bym przyszła właśnie teraz, kiedy niedomagam, gdy mi się zwyczajnie nic nie chce. Mimo to, Jezus chce bym do Niego taka przyszła!
W końcu jakoś się zebrałam i pojechałam. Zdążyłam jeszcze na kończącą się Adorację. 
Na początku Mszy bardzo ładne piosenki były śpiewane. Po czytaniach i "Alleluja" nagle usłyszałam dokładnie te słowa, które mi się przypomniały przed Mszą!
Byłam w szoku! To było dla mnie potwierdzeniem, że Jezus chciał, bym przyszła. Jeszcze w dodatku po Mszy, podeszły do mnie pewne osoby, które dopiero poznałam tydzień temu i mnie przytuliły! Wiele osób mnie wtedy przytuliło :) Bardzo mnie ta Msza pokrzepiła, a później jeszcze spotkanie! Na stancji również poprawiły mi humor dziewczyny, z którymi mieszkam i było bardzo wesoło. Później przeczytałam jeszcze takie słowa: "Minęły lata, ale przed Bogiem wciąż jesteś dzieckiem- Jego Dzieckiem. I On Cię prosi byś przyszedł do Niego i pozwolił Mu się przytulić jak dziecko. Ufnie, bez zażenowania, tak po prostu. On bardzo pragnie położyć na Tobie swoje ręce i Cię błogosławi". To było mi potrzebne tego dnia to przytulenie! Do każdego się przytulałam, na stancji nawet moje współlokatorki też przytuliłam!

Drogi Czytelniku mojego bloga! Co robisz, gdy czujesz się słaby, przybity? Kiedy jesteś w dołku, wszystko Cię przytłacza wokół? W dodatku jeszcze pogoda do tego się przyczynia- bo jest zimno, deszczowo i pochmurno. Co robisz, kiedy masz wiele problemów na głowie? Kiedy jesteś zmęczony, może nawet brudny? Gdy może czujesz się nieatrakcyjny sam dla siebie. Co robisz w takiej chwili? Gdzie idziesz? 
Właśnie wtedy, kiedy czujesz się najbardziej niedołężny, przemęczony, dobity, Jezus zaprasza Cię do Siebie! Zaprasza Cię, byś przyszedł, Ty który jesteś utrudzony po pracy czy innych zajęciach, 
a On Cię pokrzepi, doda Ci sił! On nie kłamie, nie rzuca słów na wiatr. Te słowa są prawdziwą obietnicą, którą spełnia! 
Przyjdź do Jezusa! Przyjdź, a On Cię ożywi, rozraduje Twe serce i doda sił do życia! Przyjdź i już dłużej nie zwlekaj!

"Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię" (Mt 11,28)

czwartek, 31 października 2013

Układanie puzzli

Witajcie kochane owieczki! 

Na początku bardzo Was przepraszam, że już tak długo tu nic nie pisałam. Wiele się działo w tym czasie, trochę miałam zamieszanie na studiach.

Drogi czytelniku mojego bloga, czy nie masz czasem wrażenia, jakby Twoje życie było układanką puzzli?
Jakby wszystko, co Cię spotyka, układało się w jedną całość?
Właśnie do takiego wniosku ostatnio doszłam! Moje życie jest jak układanie puzzli! A Bóg te puzzle trzyma w ręce i składa je tak, by nie brakowało żadnego elementu, by wszystko było ułożone, tak jak być powinno!



Wszystkie sytuacje, spotkania ze znajomymi były puzzlami do układanki. Długo zastanawiałam się, na jakie seminarium magisterskie mam pójść. Chciałam się rozejrzeć na kilku seminariach, ale na te, na które chciałam pójść, nie udało mi się trafić, gdyż nikt nie przychodził. Do kilku profesorów również pisałam e-maile. Tylko jedną dostałam odpowiedź. To, że nikt nie przyszedł, to było dla mnie znakiem, abym tam nie szła. W końcu udało mi się pójść na jedno seminarium. Jednak był pewien problem... W tym samym czasie miałam jedne ćwiczenia specjalizacyjne i nie wiedziałam, co mam robić. Poszłam więc zapytać Panią doktor, która prowadziła te zajęcia i powiedziała, że mogę je jakoś inaczej zaliczać :) Sprawa stała się jasna. Lecz na 2 zajęciach tego seminarium, jakoś zaczęłam się tam dziwnie czuć i zastanawiałam się, czy to na pewno na to seminarium mam chodzić. Miałam jeszcze kilka dni do namysłu, by zakodować te zajęcia na stronie, aby później znalazły się w indeksie.
Kilka dni później spotkałam się z moją koleżanką, z którą się umawiałam na spotkanie już dość dłuższy czas. Tak wyszło, że rozmawiałyśmy też o studiach i tak się złożyło, że poradziła mi, do jakich profesorów nie iść na seminarium. Akurat w tym roku skończyła magisterkę i teraz zaczyna doktorat z tego kierunku! Poradziła mi, do kogo można pójść, a których lepiej unikać. Okazało się, że na te seminaria, co chciałam pójść, to lepiej właśnie ich trzeba unikać! Bóg mnie ochronił, bym nie miała podobnej sytuacji z minionego roku. Moja koleżanka spadła mi z nieba, była dla mnie darem tego dnia! To już zaczęło mi się układać w całość, dlaczego miałam tyle przeciwności wcześniej. W końcu zdecydowałam, że zmieniam seminarium i poszłam do jednego z profesorów, którego mi poleciła moja koleżanka. To był bardzo dobry wybór! To seminarium też niestety jest w tych samych godzinach, co zajęcia specjalizacyjne, lecz wyszła propozycja, że mogę chodzić na podobny przedmiot z innym kierunkiem dzień wcześniej :) Bóg wszystko poukładał w całość, to co jest Jego wolą! To On układa moje życie, inni są Jego narzędziami i mi w tym pomagają, a ja staram się tak decydować, by to było planem Bożym i abym była szczęśliwa. Jeśli Bogu się powierzymy, On wszystko w naszym życiu wyprostuje!
Każda sytuacja, przeciwności, spotkanie z ludźmi, miało swój cel! Każde wydarzenie było elementem puzzla, co pomagało stworzyć całość układanki!
Nigdy wcześniej tak na to nie patrzyłam. Dopiero w tym ostatnim czasie, tak do mnie to dotarło.
A czy Ty, drogi czytelniku, dostrzegasz poszczególne puzzle swojego życia? Dostrzegasz sytuacje, wydarzenia, ludzi których spotykasz? Słuchasz tego, co chcą Ci przekazać? Może to właśnie w tym miejscu, w danym czasie, przez konkretną sytuację i spotkaną osobę, Bóg chce Ci coś powiedzieć i chce, byś pomógł Mu znaleźć kolejne puzzle? Zastanów się nad tym!

czwartek, 17 października 2013

Bóg dotrzymuje obietnic!

Witaj moja droga, duża owczarnio!

Jakiś czas temu pisałam Wam tu o tym, co Bóg mi powiedział w moim sercu podczas Adoracji na rekolekcjach.Dziś chciałabym Wam znów przypomnieć te ważne dla mnie słowa i pokazać Wam, że to nie były jakieś puste słowa przeze mnie wymyślone, że to naprawdę mówił do mnie Bóg i spełnił to, co mi wtedy obiecał!

Pierwszymi słowami, jakie usłyszałam były: "Nie martw się o wszystko, Ja to zaplanowałem, z kim będziesz mieszkać, z kim studiować". Już trochę czasu minęło, od kiedy zaczęłam znów studiować           i zaczynam poznawać bliżej osoby, z którymi studiuję. Jak się okazuje, w mojej grupie jest też kilka osób bardziej wierzących i jest ważny Bóg w ich życiu, co mnie bardzo cieszy, że nie jestem sama :)
Na stancji również mieszkam z fajnymi osobami, mam bardzo fajną współlokatorkę :) To wszystko było w planach Bożych! Ja jedynie za dużo wtedy się martwiłam i niepotrzebnie!
Kolejne bardzo ważne dla mnie słowa, które usłyszałam w sercu podczas tej porannej Adoracji, brzmiały tak: "Ufaj, niebawem Cię uzdrowię". Te słowa bardzo mnie umocniły i wlały w moje serce nadzieję, że rzeczywiście tak będzie. Wtedy jeszcze miałam często bóle głowy, które wywoływał lek, który biorę na moją chorobę, o której już Wam tu wspominałam wiele razy. Często też się źle czułam. Rzeczywiście, tak 
się działo, że stopniowo Jezus mnie już uzdrawiał. Pisałam Wam we wrześniu o moim uzdrowieniu 
z zawrotów głowy, które również powodował ten lek. 

Około 2 tygodnie temu w pierwszą środę października od rana bolała mnie strasznie głowa i bardzo źle 
się czułam. Poszłam wtedy do neurologa i kiedy czekałam na wizytę, coraz gorzej się czułam, coraz bardziej bolała mnie głowa i ledwo tam siedziałam. Neurolog mnie pobadała, postukała itp. w różnych miejscach  
i dała mi skierowanie na tomografię głowy. Miałam mieć później jeszcze zajęcia, ale już nie zdążyłam na nie pójść i chciałam chociaż zdążyć pójść na 18 na Mszę Świętą z modlitwą o uzdrowienie do pobliskiego kościoła, gdzie niedaleko mam stancję. Nie wiedziałam, czy zdążę tam dotrzeć, bo kolejka przede mną była duża. Na szczęście jakoś po 17 udało mi się wyjść i koło 17.30 szybko szłam w stronę kościoła.
Zależało mi być na tej Mszy. Po drodze modliłam się, bym mogła być na czas. Oczywiście zdążyłam!
Kazanie, które usłyszałam wtedy, dało mi wiele nadziei. Już po tym kazaniu byłam umocniona!
Na Adoracji był taki czas, kiedy wszyscy mieliśmy dotknąć się miejsc w naszym ciele, które mamy chore i ja oczywiście położyłam rękę na głowie. Modliliśmy się o uzdrowienie tych miejsc. W pewnym momencie ksiądz powiedział takie "słowa poznania": "8 osób zostaje uzdrowionych z bólów głowy, zawrotów głowy i z tego, co te bóle powoduje". Ja początkowo nie wiedziałam, czy to do mnie, nie byłam pewna.
Chwilę później ksiądz jeszcze dopowiedział, że dzisiaj te osoby doświadczały tych dolegliwości i żeby podniosły rękę do góry, Jezus je uzdrawia i te osoby czują ciepło na głowie. Ja czułam i podniosłam rękę! Te słowa było do mnie i Jezus mnie uzdrowił z tego bólu głowy! Od tamtej pory, ta głowa mnie już nie boli!
To kolejne uzdrowienie z skutku ubocznego tego leku i choroby.

Z kolei w miniony wtorek (15 października) byłam rano w szpitalu i zrobiłam badania kontrolne hormonów. Odebrałam również wyniki badań tomografii, które w sumie nic nie wykazały i napisali, bym zrobiła jeszcze rezonans magnetyczny. Po południu pojechałam znów do szpitala i poszłam po wyniki badań, które robiłam rano. Okazało się, że poziom prolaktyny mam już w normie! W zaskakująco szybki sposób, nie mam już nadmiaru prolaktyny! Zadzwoniłam do mojego lekarza i powiedział mi, że mogę już lek brać co 2 dni, a nie codziennie! To jest kolejne potwierdzenie, że Jezus mnie uzdrawia i naprawdę niebawem mnie uzdrowi! Może już niedługo nie będę musiała w ogóle brać tego leku. Muszę tylko być cierpliwa i ufać! 
Bóg dotrzymuje Swoich obietnic! Wystarczy tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać...

Tego dnia byłam na spotkaniu wspólnoty i w końcu duszpasterz i liderka rozeznali, że mogę przychodzić we wtorki i brać udział w kolejnym etapie formacji, czyli w Seminarium Uzdrowienia Wewnętrznego. Wcześniej mówili mi, bym przychodziła w inne dni, kiedy jest prowadzone Seminarium Odnowy Wiary, gdzie jest głoszony Kerygmat. Ja chciałam wrócić do wspólnoty.
Wieczorem szukałam w Internecie fragmentów z Pisma Świętego, gdzie jest o dotrzymaniu Bożej obietnicy.
Natknęłam się na taki fragment, który opisuje o obietnicy zdrowia i uzdrowieniu ze zranień: 
"Albowiem przywrócę ci zdrowie i z ran ciebie uleczę" (Jr 31,17). Te słowa były dla mnie potwierdzeniem, że to Bóg posyła mnie właśnie na to Seminarium Uzdrowienia Wewnętrznego, podczas którego uzdrowi moje rany, które jeszcze nie są w pełni uleczone i potrzebują Jego uzdrowienia. Jak również te słowa jeszcze bardziej utwierdzają mnie w tym, że Bóg uzdrowi mnie w pełni z tej choroby hormonalnej. Potrzeba tylko czasu...
Ostatnie jeszcze słowa, które usłyszałam na rekolekcjach: "Ja Cię wspomogę, postawię Ci ludzi na Twojej drodze". Tego doświadczam każdego dnia spędzonego tutaj na studiach. Codziennie Bóg mi kogoś posyła, kto może mi pomóc w danym czasie w konkretnej sytuacji. Posyła mi, czy to osoby ze wspólnoty, ludzi ze studiów, jak również i z mojego miasta. Ludzi, których znam lepiej lub mniej. Nie zostawia mnie samej! Gdyby nie pomoc, po prostu bycie ze mną pewnych osób w zeszłym tygodniu, to nie wiem, co by ze mną było. Nie chcę tu Wam opisywać, co się działo, ale nie było to dla mnie proste doświadczenie. 
Są sytuacje, o których po prostu lepiej nie wspominać, dlatego nie będę tu wszystkiego opisywać, co się dzieje u mnie duchowo. Ważne, że Jezus był przy mnie i nie zostawił mnie samej sobie! Postawił mi na mojej drodze ludzi, na których mogę polegać!

Czy Ty, drogi czytelniku mojego bloga, doświadczyłeś kiedyś dotrzymania obietnicy przez Boga? 
Czy w ogóle Bóg Ci coś kiedyś obiecał? Może czekałeś i nie byłeś na tyle cierpliwy, że przestałeś w to wierzyć, że kiedykolwiek to się spełni? Wierzysz w to, że Bóg dotrzymuje obietnic?
Cokolwiek o tym myślisz, zaufaj Mu, bądź cierpliwy, a wtedy stanie się niemożliwe! Może to, co Bóg obiecał Ci kiedyś dawno temu, o czym już dawno zapomniałeś, pewnego dnia zaskoczy Cię i spełni obietnicę!

piątek, 11 października 2013

Niesamowite działanie Boże

Witajcie drogie owieczki!

Chciałabym się podzielić z Wami pewnym wydarzeniem, które miało miejsce w miniony wtorek, a co było dla mnie niesamowitym działaniem Bożym.

Wcześniej skończyły się jedne moje zajęcia i tak długo się zastanawiałam, co robić. Miałam dużo czasu wolnego. Chwilę tak posiedziałam, zjadłam śniadanie i poszłam na dół. Tam usiadłam i chciałam coś sprawdzić na komputerze, lecz niestety hasło mi nie wchodziło. Kilka chwil później dosiadła się do mnie dziewczyna z I roku i uświadomiła mnie, że od 12 są rektorskie, specjalnie na rekolekcje. Mówiła mi, jak było poprzedniego dnia i zapraszała mnie, bym poszła. Ja początkowo nie wiedziałam, czy iść, bo na 14 musiałam być w Szpitalu i trochę głupio by mi było wychodzić w połowie, bo do 14 trwały rekolekcje.
Jakoś w końcu mnie przekonała i poszłam!

Rekolekcje były na jednej z Auli uczelni. Co chwila ktoś wchodził, Aula się napełniała po brzegi.
W końcu cała Aula się wypełniła! To był dla mnie szok. Ks. rekolekcjonista powiedział, że najpierw obejrzymy film 30 minutowy, a potem będzie Adoracja ok. 20 minutowa i przeczytany będzie Psalm. 
Ja w myślach miałam, byle nie Psalm 139. Ksiądz również mówił, by nie wychodzić przed Adoracją.
Mówił też, że jesteśmy piękni i różne miłe słowa, lecz nie każdy z nas w to wierzy. Oglądaliśmy film metrażowy pt.: "Most". Można go obejrzeć na youtubie :) aczkolwiek w trochę innej wersji niż my go oglądaliśmy. Po obejrzeniu filmu, ksiądz krótko skomentował, a następnie zaczęła się Adoracja! 
Nagle cała Aula wypełniona młodymi ludźmi ucichła i wszyscy uklękli! To było dla mnie niesamowite! Ta cisza, wszyscy wpatrzeni w Najświętszy Sakrament na Auli! Adoracja trwała zaledwie 15 minut, ale bardzo mnie to umocniło i wiedziałam, że Jezus jest ze mną, jest blisko mnie i będzie blisko podczas badania tomografii głowy. W trakcie Adoracji, ksiądz zaczął czytać Psalm i słucham... No i co się okazało?
Oczywiście- Psalm 139! Kolejny raz Bóg przypomniał mi o Swojej miłości do mnie, że jestem Jego pięknym dziełem, cudownie mnie stworzył! Jednak teraz zauważyłam, że już moja reakcja na ten Psalm była inna niż zawsze. Nie reagowałam zdenerwowaniem, czy też oporem do tych słów. Słuchałam ich ze spokojem
 i radością w sercu. Jezus uzdrowił moje spojrzenie na siebie! Mój fałszywy obraz siebie! 

Niestety, kiedy zaczynali śpiewać pieśni uwielbienia, ja musiałam już opuścić Aulę i pojechać do Szpitala. Miałam pokój w sercu i czułam obecność Bożą, jak również wsparcie modlitewne innych. Jechałam tam      z poczuciem, że Jezus jest blisko mnie, byłam bardziej spokojna, choć nadal trochę się bałam tego badania.

Po tych wydarzeniach, dostrzegłam, że to było działanie Boże. To On zaplanował, bym jednak została na uczelni, zapoznała się z tą dziewczyną i abym poszła na te rekolekcje. A mogłam przecież dużo wcześniej wyjść z uczelni i odpocząć trochę, a później pojechać do Szpitala. Bóg jednak miał co do mnie zupełnie inny plan. Chciał, abym uczestniczyła w rekolekcjach, mimo iż niepełnych. Chciał, bym Go adorowała i przede wszystkim, żebym znów usłyszała, że jestem godna podziwu, pięknie mnie stworzył i bym w to wreszcie uwierzyła! To wszystko było już z góry zaplanowane! 

Bardzo trafnie to też stwierdza znany dziennikarz TVP- Krzysztof Ziemiec: "Nic w życiu nie dzieje się bez sensu, nic nie dzieje się bezcelowo".

A czy Ty, drogi czytelniku mojego bloga, dostrzegasz działanie Boże w Twoim życiu? Czy czujesz, że to On kierował Twoimi krokami? Czy wierzysz w to, że Bóg przemawia przez napotkanych ludzi, konkretne wydarzenia, sytuacje? Czy doświadczasz tego? 

Na koniec dla Was dedykacja:

piątek, 4 października 2013

Czas rekolekcji- czas wsłuchiwania się w Słowo

Witaj moja kochana owczarnio!

Ten wpis miałam umieścić już w zeszłą niedzielę, ale tyle rzeczy się działo, że już nie miałam jak napisać.
Później niestety miałam problemy z łącznością do Internetu i dopiero teraz już dobrze działa, więc wreszcie mogę się z Wami tu podzielić moimi nowymi doświadczeniami z minionego weekendu, który spędziłam na rekolekcjach wspólnotowych.

Jak już Wam pisałam wcześniej... Jeszcze tuż przed rekolekcjami czułam, że Bóg chce mi coś ważnego powiedzieć oraz doświadczyć na tych rekolekcjach i powinnam na nich być. Nie myliłam się!

W sobotę 28 września mieliśmy rano Adorację Najświętszego Sakramentu. To był czas wsłuchiwania się w to, co Bóg chce nam powiedzieć do serca. Bez Pisma Świętego, odmawiania modlitw. Po prostu trwanie    w ciszy. Tego właśnie potrzebowałam! Podczas tej ciszy, usłyszałam słowa skierowane do mnie: "Nie martw się o wszystko, Ja to zaplanowałem, z kim będziesz mieszkać, z kim studiować".
Następnie usłyszałam słowa, które dały mi nadzieję na moje uzdrowienie z choroby: "Ufaj, niebawem Cię uzdrowię".
Na sam koniec usłyszałam potwierdzenie, że Bóg jest ze mną i mi pomoże: "Ja Cię wspomogę, postawię Ci ludzi na Twojej drodze".
To jednak nie było wszystko. Mieliśmy pierwszą konferencję, a na niej ks. rekolekcjonista powiedział, że będzie o Słowie! Konferencję zaczął cytatem bł. Jana Pawła II: "Wiara umacnia się, gdy jest przekazywana". Potwierdzam te słowa! Kiedy mi przekazali wiarę, szczególnie podczas Kursu Nowe Życie, moja wiara została umocniona. Od tamtej pory, cały czas, świadectwo innych mnie umacniało. Teraz ja mogę umacniać innych, również Was, moi drodzy czytelnicy! Poprzez tego bloga, mogę umacniać Waszą wiarę, chociaż możecie tego nawet nie dostrzegać. Ks. rekolekcjonista zacytował jeszcze słowa z Pisma Świętego: "Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa" (Rz 10, 17). 

To prawdziwe słowa! Tak naprawdę jest! Ksiądz również mówił, że słowo ma zawsze moc, czy to złe, czy dobre, każde słowo ma znaczenie! Musimy uważać na to, co mówimy i komu mówimy, bo nie raz możemy komuś wyrządzić wielką krzywdę, przez co ta osoba może mieć traumę i zamknąć się w sobie na bardzo długi czas. Później nagle ktoś się dziwi, dlaczego on/ona jest zamknięty/a? Dlaczego jest nieśmiały i nic nie mówi, nie bierze udziału w dyskusji? Może właśnie kiedyś usłyszał bardzo raniące go słowa, które sprawiły, że już nie chciał nigdy się odzywać. Rekolekcjonista powiedział to też na swoim przykładzie, swoje świadectwo.

W konferencji ksiądz prowadzący rekolekcje nawiązywał do mojego ulubionego Psalmu- Ps 23 :) Tego dnia z kolei był Psalm śpiewany ze słowami: "Pan nas obroni jak pasterz swe owce". Podczas kazania nagle komuś zadzwonił telefon, a co ciekawe, to z melodyjką "Pan jest Pasterzem moim"! Oczywiście nie zabrakło też nawiązania do przypowieści o zagubionej owcy :) Ja jako Owieczka Pana bardzo cieszyłam się tymi treściami, które słyszałam.
Mieliśmy również czas, by dobrać się w pary i móc pójść na spacer i opowiadać sobie dobre rzeczy. Ja wiele dobrego dowiedziałam się na swój temat, również dostałam odpowiedzi na dręczące mnie pytania, które mnie uspokoiły i pozwoliły lepiej rozeznać pewne rzeczy. Miałam okazję też podzielić się moim świadectwem uzdrowienia z zawrotów głowy.
Nie zabrakło również modlitwy w parach za siebie nawzajem i mówienia drugiej osobie dobre słowa, za co dziękuje się Bogu za tą osobę.Ja podczas tej modlitwy dostałam niesamowitego daru radości, że ciągle się śmiałam, bardzo mnie to rozradowało! Po modlitwie za siebie nawzajem, nawet rekolekcjonista był pod wrażeniem i powiedział, że nigdy nie widział małżonków całujących się podczas modlitwy wstawienniczej!
Miałam też śmieszną sytuację. Mieliśmy przerwę i poszłam na spacer do Sanktuarium, a kiedy wracałam, musiałam zejść z dużego pagórka. Zaczęłam biec i tak aż dobiegłam do domku, w którym mieszkałam. Tam otworzyłam Tymbark, bo chciałam się napić i zobaczyłam napis na nakrętce: "Zwolnij :D" Nieźle mnie to rozśmieszyło! Już później nie biegałam :D

Wieczorem niestety jakoś źle się czułam, taka ociężała, głowa mnie bolała. Na wieczornej konferencji, tak źle się czułam, że aż położyłam się na ławce i mogło to wyglądać jakbym spała, lecz nie spałam, słuchałam! Po prostu tak się ułożyłam, ponieważ nie byłam w stanie normalnie usiedzieć. Ksiądz rekolekcjonista mówił konferencję o nowej ewangelizacji. Podzielił się tym, że jego brat jest z daleka od Boga i nie wyobraża sobie, że on sam będzie w niebie, a jego brat w piekle. Mnie to bardzo poruszyło i zaczęłam płakać. Zrodziły się we mnie pytania: Jak ja mam ewangelizować w mojej całej rodzinie, gdzie jestem sama?          W rodzinie, gdzie jestem jak owca wśród wilków, jak czarna owca.
Przypomniała mi się wtedy sytuacja sprzed prawie 2 lat, kiedy tak właśnie się czułam i nie chciałam być prześladowana, buntowałam się. Modliłam się o Słowo, by Bóg mnie pocieszył, co ja mam robić w tej sytuacji. Otworzyłam fragment: "Idźcie, oto posyłam was jak owce między wilki". Te słowa mnie wtedy dobiły, a nie pocieszyły. Rozbiło mnie to na kawałki, jak młot. To jednak mnie zmieniło i zrozumiałam, że właśnie tutaj do tej rodziny mnie Bóg posyła i mam być tą owieczką wśród wilków. Dopiero wtedy to zaakceptowałam i zmieniłam moje myślenie, moje podejście. Mimo iż po ludzku to Słowo mnie wręcz dobiło totalnie, to tak naprawdę mnie przemieniło i pozwoliło mi zrozumieć moją sytuację w domu.
O 22 zaczęła się Adoracja Najświętszego Sakramentu, która trwała całą noc. Każdy mógł przyjść o danej porze, o której chciał. Ja początkowo miałam w ogóle nie iść, nie zostawać, bo cały czas źle się czułam. Jednak zostałam od razu. Najpierw adorowałam w ciszy, a później postanowiłam pomodlić się o Słowo dla mnie. Modliłam się o Słowo, co mam zrobić, by zewangelizować rodzinę, by wrócili do Jezusa i zostali zbawieni. Pożyczyłam Pismo Święte z ławki za mną i otworzyłam fragment z Księgi Mądrości.

"Dla pouczenia spadła na nich krótka trwoga, ale dla przypomnienia nakazu Twego prawa mieli znak zbawienia. A kto się zwrócił do niego, ocalenie znajdował nie w tym, na co patrzył, ale w Tobie, Zbawicielu wszystkich. I tak naszych wrogów przekonałeś, że to Ty wybawiasz od zła wszelkiego" (Mdr 16,6-8).

"Dla przypomnienia bowiem mów Twoich byli kąsani, i zaraz mieli ratunek, by nie popadli w głębokie zapomnienie i nie stali się niegodni Twojej dobroci. Nie zioła ich uzdrowiły, ani nie okłady, lecz słowo Twe, Panie, co wszystko uzdrawia. Bo Ty masz władzę nad życiem i śmiercią: Ty wprowadzasz w bramy Otchłani i Ty wyprowadzasz" (Mdr 16,11-13).

To były słowa dla mnie, pasowały do mojej sytuacji. Zastanawiałam się długo, jak mam je rozumieć. Doszłam do takiej refleksji, że sama nic nie zdołam. Mam zwrócić się do Jezusa i w Nim znajdę ocalenie. Jezus wybawia od złego i On ma władzę nad życiem i śmiercią. Dało mi to nadzieję, że Jezus wyprowadzi moją rodzinę z Otchłani. Zadanie dla mnie: głosić im Słowo Boże, które uzdrawia! Pytanie: tylko jak? ? ?
Kiedy nad tym się zastanawiałam, zaczęła mi się nucić piosenka: "Nie siłą, nie mocą naszą, lecz mocą Ducha Świętego". Jak się później okazało, to właśnie była odpowiedź na moje pytanie. Mocą Ducha Świętego mam głosić Słowo Boże!
Miałam w ogóle nie zostawać na Adoracji, a w końcu tak wyszło, że zostałam godzinę! Było wcześniej powiedziane, by być pół godziny :D

Ten czas rekolekcji, rzeczywiście był czasem, kiedy Bóg chciał mi coś ważnego powiedzieć. Nie tylko przez Słowo Boże, nauczanie rekolekcjonisty, czy też Jego głos w moim sercu, ale również był to czas, kiedy mogłam wsłuchiwać się w to, co inni chcą mi powiedzieć. Usłyszałam naprawdę wiele wspaniałych rzeczy     i o mnie i nie tylko, słowa pokrzepienia na czas studiów i zmagania się z chorobą. Jeszcze ta sobotnia konferencja o Słowie! To wcale nie był przypadek! To już było dawno zaplanowane. Dla mnie ten czas był ubogacający i bardzo potrzebny, by nabrać siłę na ten rok. Przepiękny czas rekolekcji i również bardzo radosny!

Na koniec umieszczam Wam link do pozytywnej piosenki, której tekst kojarzy mi się z treścią tych rekolekcji: http://hopsiutralala.wrzuta.pl/audio/0WYm4FFAqur/nefre_-_slowo_jest_jak_dynamit

 "Teksty tworzę, które z słów składają się.
W słowach tonę, lubię w myślach kąpać się.
Właśnie one mają niezwyczajną moc.
W którą stronę? powiesz - Prosto w tył czy w bok?

Ja nie lubię rzucać moich słów na wiatr.
Czasem one niczym czyny warte krat.
Słowo ciałem staje się od tylu lat.
Tylko powiem, każdy człowiek to Twój brat.

Czasem chroni, czasem może zranić Cię.
Czy się boisz drogi. Którą iść już wiesz.
Z monotonii kiedy przerwać ciszę chcesz,
to w teorii słowo musi znaleźć się.

Ja mówię słowo.
Człowiek tu powinien wykazywać się mową,
człowiek tu powinien język znać zawodowo
i kiero nawija w Twoją stronę jak prorok.
Czy uwierzysz ile może znaczyć to... "

piątek, 27 września 2013

Bóg czyni cuda! :)

Witaj moja owczarnio!

Już pisałam Wam o tym, że modlitwa czyni cuda, wiara czyni cuda. Lecz w moim życiu, Bóg cały czas działa, cały czas jest obecny w mojej codzienności. Mimo, iż już wiele cudów zdarzyło się dzięki modlitwie, to wciąż one się dzieją! 
O tym właśnie chciałabym Wam napisać, o kolejnych cudach w moim życiu.
W miniony wtorek (24.09.2013) wcześnie rano dostałam strasznego bólu głowy, który przerodził się          w migrenę. Było mi trochę mdło i nie byłam w stanie wstać, ani cokolwiek innego robić. Nie chciałam brać leku przeciwbólowego, dla mnie lek to ostateczność. A i tak już wiele leków biorę... Zaczęłam się modlić   i prosiłam o uzdrowienie z tego bólu, który sprawiał, że wręcz "umierałam ". Każdy z Was, kto choć raz miał migrenę, wie co to znaczy! W końcu musiałam wstać i pozałatwiać różne sprawy na mieście. Po jakimś czasie, zauważyłam, że mnie nie boli głowa, ból całkowicie minął! Moja modlitwa została wysłuchana, a Jezus uzdrowił mnie z tego silnego bólu głowy!
Taka jakaś rozradowana byłam i szłam uśmiechnięta przez miasto, tak że aż inni jacyś bardziej przygnębieni, dziwnie się na mnie patrzyli! Ja do każdego się uśmiechałam! 
Jednak to nie było jedyne, co tego dnia zrobił dla mnie Jezus. Nie pisałam Wam tu wcześniej, ale jakoś od ponad 1,5 tygodnia miałam sny, po których budziłam się z traumą, raz nawet aż ze łzami w oczach.           Co gorsza, pewne dwa moje sny, sprawdziły się! Ja od gimnazjum często mam tak, że moje sny się sprawdzały, wręcz to były sny prorocze. Najgorsze było to, że dotyczyły bliskich mi osób i nie wiedziałam, jak im mogę pomóc, co mnie bardziej zadręczało. Zastanawiałam się, czemu maja służyć te sny, czy pochodzą one od Boga, czy też nie. Męczyło mnie to, dlatego też prosiłam w modlitwie, by Bóg pomógł mi to rozeznać. Tego dnia wieczorem na spotkaniu mojej wspólnoty padły takie "słowa poznania": "Jest tu osoba, która miała ostatnio niepokojący sen związany z bliskimi osobami i bała się o te bliskie osoby, nie mogła spać spokojnie, Jezus uwalnia ją z tego lęku i daje jej spokojny sen, obdarza dobrym snem". Mi w tym czasie mocniej biło serce i wiedziałam, że te słowa to były do mnie!                Rzeczywiście od tego dnia śpię w nocy bardzo spokojnie! Pierwszy raz od 1,5 tygodnia miałam bardzo spokojny sen! Jezus mnie uwolnił! Wspaniałe jest to uczucie, kiedy się śpi w nocy spokojnie.
Poza tym jeszcze dowiedziałam się, że będę miała z kim jechać na rekolekcje, że znalazł się transport! Jak widzicie, jeśli Bóg chce byśmy gdzieś byli, znajdzie na to sposób i pomoże nam się tam znaleźć!
Czwartek (26.09.2013)
Od rana to był dla mnie dzień pełen cudów! Musiałam bardzo wcześnie wstać. Wstałam trochę później niż miałam nastawiony budzik i przez to prawie bym spóźniła się na autobus. Musiałam być przed 8.15 na przystanku przy dworcu PKS. Ten autobus się tak wlekł, że po prostu aż się bałam, że mogę nie zdążyć. Musiałam zdążyć na busa do Lublina. Modliłam się, bym zdążyła na ten bus. Oczywiście zdążyłam i nawet jeszcze czekałam na koleżankę, z którą miałam jechać, a której nie znałam! Właśnie z nią jechałam do Lublina, by zobaczyć pokój, gdzie mogłybyśmy mieszkać. Po drodze się zapoznałyśmy. Nie wiedziałyśmy, czy bus będzie się zatrzymywał tam, gdzie wcześniej stawał, ale na nasze szczęście mogłyśmy tam wysiąść! Obejrzałyśmy pokój, a potem w końcu zdecydowałyśmy, że wynajmiemy ten pokój :) Tak oto tym sposobem, Bóg podarował mi pokój na stancji w domu, gdzie na 2 piętrach mieszkają sami studenci, w tym większość dziewczyn. A tak się wcześniej martwiłam o mieszkanie, akademik, a tu dostałam i miejsce w akademiku i pokój na stancji! Pełna obfitość! Jeszcze w dodatku z bardzo fajną dziewczyną! Musiałam jechać na uczelnię i tam zostawić podanie, że rezygnuję z akademika. Kolejka była wyjątkowo mega strasznie długa, a przyjmowali tam do 13.15. Nie wiedziałam, czy uda mi się dostać. Byłam pełna nadziei i w głowie miałam słowa: "Ale nie tylko to, lecz chlubimy się także z ucisków, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość- wypróbowaną cnotę, wypróbowana cnota zaś- nadzieję" (Rz 5, 3-4). 
Również przypomniały mi się słowa, że wiara czyni cuda! Za mną stał jakiś chłopak, a za nim ksiądz. Ten chłopak miał mało nadziei i mówił, że nie wie, czy uda nam się dostać. Ja jednak byłam pełna nadziei. Pytał mnie i co robić? Ja powiedziałam: "Więcej wierzyć" :) Podzieliłam się również tymi słowami z Pisma Świętego. Czas szybko zleciał i zamknęli drzwi. Pukaliśmy tam i w końcu wyszła jakaś Pani i jej tłumaczyli, a ja tylko powiedziałam, że to podanie chciałam złożyć i powiedziała, że podanie może przyjąć! Dzięki mojej nadziei i wierze, ja jako jedyna z tych osób, które się nie doczekały, zostałam "obsłużona". Cud! 
Zarezerwowałam sobie bus powrotny na 16.30, bo na wcześniejszy już bym nie zdążyła. Pojechałam odwiedzić moją bliską koleżankę w szpitalu. Ucieszyła się, że przyszłam. Bardzo miłym zaskoczeniem dla mnie było, gdy zobaczyłam tam siostrę zakonną, która była tam pielęgniarką! Piękne, że spełnia się w dwóch powołaniach :) Miałam mieć trolejbus o 15.45 i nim jechać do dworca PKS, ale niestety nie przyjechał! Wsiadłam w jakiś inny i wysiadłam przy uczelni, a stamtąd musiałam szybko iść, a raczej biec przez pół Lublina, by zdążyć na busa, a że było już trochę po 16, to miałam niewiele czasu! Biegłam, ile miałam sił w nogach i modliłam się, bym zdążyła na tego busa, żeby nie odjechał. Później nie wiem, jakbym wróciła! Naprawdę cudem, ledwo co zdążyłam! Jechałam uspokojona. Bóg czyni cuda! Jeszcze w dodatku udało mi się zdążyć na Mszę Świętą w Duszpasterstwie Akademickim i na Adorację i pójść do spowiedzi!
Miałam ogromne szczęście! Znów czułam się, jakbym latała!
Moi drodzy czytelnicy, a jak jest z Waszą wiarą w cuda? Wierzycie, że cuda się zdarzają? Czy Wasza modlitwa jest skuteczna i czyni cuda? Jesteście pełni nadziei? Czy doświadczacie tych cudów w codziennym życiu? Czy zauważacie je? Czy w ogóle prosicie Boga o to? 
Jeśli Jemu się powierzycie, będziecie pełni nadziei i mieć silną wiarę, w Waszym życiu zaczną       się dziać cuda takie, że aż sami będziecie w szoku! Nawet będą działy się takie cuda, które              nawet filozofom się nie śniły! :D 
Tylko zacznijcie w to wierzyć i dostrzegać!

Na koniec rap Bęsia z jego najnowszej płyty, o tym, że Bóg czyni cuda!
http://www.youtube.com/watch?v=nT4NlzlCbvI

poniedziałek, 23 września 2013

Nauka zaufania

Kochane owieczki!

Wielu z nas, nawet i mocno wierzących, ma problem z zaufaniem. Z zaufaniem do ludzi, ale również i z zaufaniem do Boga. Łatwiej jest, gdy się wszystko dobrze układa, wszystko jest po naszej myśli.  Lecz kiedy nagle zaczyna się coś psuć, po prostu walić się na głowę, to wtedy nie jest łatwo nam ufać. Szczególnie, gdy zawodzimy się na bliskich nam osobach, a przez to wtedy mamy trudności z zaufaniem Bogu. Ja tak właśnie miałam, o czym Wam już wspominałam. 

W poprzednim wpisie, pisałam Wam, że zostałam uwolniona z braku ufności. Po tym uwolnieniu, stałam się bardziej radosna i zaczęłam bardziej ufać Bogu. Czułam się, jakbym była w niebie, ciągle uśmiechałam się do innych, chciało mi się skakać i tańczyć! Jak to śpiewała Maria Vadia na Zielonej Niedzieli: "Mam ochotę skakać, mam ochotę tańczyć, kiedy usłyszę o Krwi Baranka!".Też miałam ochotę robić to cały czas!
Niestety w tym czasie martwiło mnie kilka rzeczy, np. o to czy będę mogła pojechać na rekolekcje wspólnotowe, czy będę miała na nie pieniądze i czy w ogóle będę miała jak tam dojechać! Miałam już przeciwności, by nie móc jechać na te rekolekcje, które mają być w ten weekend. Zakwaterowanie w akademiku jest 28 września i 30 września. Rodzice woleli, bym jechała 28 września, wtedy by mnie mogli zawieźć i zajęłabym sobie pokój. I już problem... Dla mnie jednak ważniejsze są te rekolekcje. Czuję też, że Bóg chce mi coś ważnego na nich powiedzieć, czymś doświadczyć, że to będzie dla mnie ważny czas           i powinnam tam być. Finansowo nie jest u mnie zbyt dobrze i mogłam wpłacić tylko zaliczkę, a jeszcze drugie tyle trzeba dopłacić. Problem ten się rozwiązał, bo dowiedziałam się, że mogę mieć dofinansowanie ze wspólnoty! Jeszcze jest tylko problem z dojazdem, gdyż rekolekcję będą dość daleko. Nie wiem jeszcze, jak tam pojadę, ale ja już się o to nie martwię, ufam Bogu i On niech się o to martwi! Zaczynam Mu więcej ufać, bo wiem, że On może wszystko! Skoro mnie wybiera, bym wzięła udział w tych rekolekcjach, to pomoże mi tam się znaleźć!
Zaczęłam też się martwić o moich współlokatorów w akademiku, choć jest jeszcze możliwe, że mogę mieszkać na stancji... Trochę się boję, z kim będę mieszkać, czy będziemy się dogadywać. Poprosiłam kolegę o modlitwę w tej intencji, uspokoił mnie. Również zaczęłam bardziej ufać Bogu, że skoro mnie tam posyła, to mi pomoże! Stałam się bardziej spokojniejsza, pełna pokoju, a dzięki temu i radości! Wszystko jest w Jego rękach! Ufam Mu, że wszystko będzie dobrze, że tam mnie posyła. Uczę się ufać Bogu!
Naukę zaufania można porównać do nauki chodzenia dzieci. Najpierw chodzą na czworaka, bo czują się niepewnie, a później stopniowo zaczynają chodzić na dwóch nogach. Dotykają wszystkiego, poznają świat, przez co nabierają więcej zaufania. Kilka razy zdarzy się upaść na ziemię, przez co może być im trudniej ufać, ale jednak nie poddają się i uczą się dalej, starają się ufać, ufać własnym siłom, ale również ufać rodzicom, którzy ich podtrzymują. Dzieci dążą do celu, nigdy się nie poddają i są bardzo ufne. Tego powinniśmy się od nich uczyć!
 
Z nauką zaufania kojarzy mi się z labiryntem. Miałam okazję być w takim labiryncie, gdzie musiałam dojść do wyjścia, ale by do niego dojść, ktoś musiał mi pomóc mnie tam doprowadzić. To była dla mnie nauka zaufania tej osobie, która mi mówiła, gdzie mam skręcić i pójść, by nie znaleźć się w tzw. "ślepej uliczce". Zaufałam i wyszłam z labiryntu! To było trudne, bo czasami źle weszłam, ale udało się! 
Tak jest też w przypadku zaufania do Boga. Możemy się znaleźć w takim labiryncie, gdzie my po ludzku nie widzimy wyjścia, lecz Bóg go widzi. Wystarczy tylko dać Mu się poprowadzić, a On znajdzie rozwiązanie sytuacji. Pytanie tylko, czy potrafisz Mu na tyle zaufać? Czy ufasz Mu, że Cię wyprowadzi?
 
A jak jest z Waszym zaufaniem Bogu? Czy potraficie ufać Mu we wszystkim? Czy wierzycie Mu i ufacie, że to co Was teraz spotyka, czego doświadczacie, jakieś trudności czy choroby, to jest Jego planem Bożym dla Was?

czwartek, 19 września 2013

Jezus uzdrawia!

Kochane Dzieci Boże! :)

Pewnie każdy z Was lub większość osób, które tu wchodzą na mojego bloga, doświadcza różnych chorób, mniej lub bardziej uleczalnych, czy to fizycznych, czy związanych z psychiką i emocjami. Są takie choroby, które nie są w pełni wyleczalne, lub też i takie objawy, które nie są od nas zależne- jak np. zemdlenie, zawroty głowy.

Na Kursie Alfa, w którym brałam udział już 5 razy, w tym: raz jako uczestnik i 4 razy jako osoba pomagająca w ekipie; jest temat wykładu: "Czy Bóg dzisiaj uzdrawia?". Na tym właśnie chciałabym się dzisiaj skupić, dając Wam tutaj moje świadectwo z ostatnich dni, kiedy Jezus mnie uzdrowił.

Często w moich wpisach wspominałam o terminie: "słowo poznania". Nie każdy z Was może wiedzieć, co to właściwie jest. "Słowo poznania" jest jednym z charyzmatów Ducha Świętego. Jest to nadnaturalne objawienie faktów dotyczących jakiejś lub kilku osób lub sytuacji, o której my nie mamy pojęcia, lecz wiemy to dzięki Duchowi Świętemu. Osoba, która posługuje "słowem poznania" może dostać w wyobraźni jakiś obraz, słowo widziane lub słyszane w umyśle, a nawet może mieć odczucie fizyczne, co kogoś boli.
W Piśmie Świętym pisze o darze poznania:
"Jednemu dany jest przez Ducha dar mądrości słowa, drugiemu umiejętność poznawania według tego samego ducha" (1 Kor 12, 8).

W Piśmie Świętym jest wiele przykładów uzdrowień, najwięcej jest w Ewangeliach. Tam, co chwila, zostaje ktoś uzdrowiony dzięki Jezusowi.
Ja chciałabym się z Wami podzielić moimi krótkimi świadectwami uzdrowienia z trzech minionych dni.

Poniedziałek (16.09. 2013)
Od rana jakoś dziwnie się czułam, bolała mnie głowa, również miałam zawroty głowy, byłam jakaś nieobecna, taka jakaś ociężała. Takie są skutki uboczne tego leku, który biorę na moją chorobę. Często mam zawroty głowy, czy też bóle głowy. Mimo to poszłam wieczorem na Mszę z modlitwą o uzdrowienie. Usiadłam na górze. Kiedy schodziłam schodami na dół, by przyjąć Komunię, zakręciło mi się w głowie i czułam, jakbym miała za chwilę zemdleć. Po Mszy była Adoracja Najświętszego Sakramentu z modlitwą o uzdrowienie. Było kilka momentów, gdy się zsunęłam na ziemię, byłam napełniona Bożym pokojem i czułam się tak błogo. Wiele osób miało różne "słowa poznania". Jedno z nich dotyczyło mnie, a brzmiało tak: "Jest tu kilka osób, które miały zawroty głowy i ich równowaga była zachwiana, te osoby zostają uzdrowione i zostaje przywrócona im równowaga, również równowaga emocjonalna". Ja po tych słowach miałam łzy w oczach, zsunęłam się na ziemię i trochę się trzęsłam, czułam pokój w sercu i taką błogość. Gdy skończyła się Adoracja i schodziłam ze schodów, już nie kręciło mi się w głowie i czułam się dobrze! Jezus mnie uzdrowił z zawrotów głowy, które były wywołane przez lek!

Wtorek (17.09.2013)
Pisałam tu już na blogu o pewnej sytuacji, gdy przez bliską mi koleżankę, aż tak się zdenerwowałam, że bolało mnie serce, czyli miałam tzw. nerwobóle (pisze o tym tutaj: http://owieczka-pana.blogspot.com/2013/09/powrot-pustyni-oraz-walki-duchowej.html). Wieczorem, jak co wtorek, byłam na Mszy i spotkaniu modlitewnym mojej wspólnoty. Jedna z osób posługujących, miała takie "słowa poznania": "Pewna osoba zostaje uzdrowiona, zostaje uzdrowione jej serce na tle nerwowym z ościenia, które wbiła je bliska osoba i bolało ją serce i zostaje również uzdrowione jej serce duchowe". Kiedy usłyszałam te słowa, biło mi mocniej serce i wiedziałam, że to mnie Jezus uzdrawia, uzdrawia moje serce i że to jest związane z tą sytuacją, o której już pisałam tu na blogu. Jezus uzdrowił mnie z nerwobóli i uzdrowił moje serce duchowe!

Środa (18.09.2013)
Wieczorem byłam na Adoracji prowadzonej przez Wspólnotę Mamre. Lubię chodzić tam na Adoracje, jest czas na ciszę, słuchanie głosu Boga. Gdy tak klęczałam, wpatrywałam się w Najświętszy Sakrament, ksiądz prowadził modlitwę. Ksiądz poprosił Ducha Świętego, by nas uzdrawiał i uwalniał i gdy wypowiedział słowa o uwolnieniu od ducha kłamstwa, oraz z braku ufności Bogu, zsunęłam się z ławki i odczuwałam wtedy taki Boży pokój w sercu, doświadczyłam bliskości nieba i Bożej obecności, a przy tym taką błogość. Również dłuższy czas się trzęsłam, a nie było mi wtedy zimno, wręcz raczej byłam rozgrzana Duchem Świętym!
Podczas tej Adoracji doświadczyłam nieba, to był dla mnie lot do nieba! Jezus mnie uzdrowił z mojej małej ufności Jemu, uwolnił od kłamstwa, które mi wmawiano. Odkryłam kilka dni temu dzięki jednej konferencji o. Szustaka, że ja przez większość życia żyłam w kłamstwie, a co gorsza, wierzyłam w to kłamstwo! Jezus mnie bardzo mocno uwolnił od ducha kłamstwa!

Po powrocie do domu, natknęłam się na taką piosenkę:


Śpiewają tam tak:
"Tak wielu ludzi mówi mi,
gdy ewangelię głoszę im: "Ty zwariowałaś".
Mówię im: To nie tak,
tylko Jezus zmienia świat!
 
Moc argumentów słyszę wciąż,
że Jezus to z obrazów gość,
że zwariowałam.
Mówię im: ja Go znam,
On jest żywy! Mówię Wam!
 
Czuję się jak w niebie,
gdy wywyższam Ciebie.
Czuje się jak w niebie,
Jezu, bo kocham Ciebie"

Ja dokładnie czułam się jak w niebie! I tak jak w tekście tej piosenki, potwierdzam: "On jest żywy! Mówię Wam!"
Jezus mnie uzdrowił w ciągu trzech dni i każdego dnia z czego innego! Czyni to cały czas, ciągle mnie uzdrawia! 

Myślę, że na pytanie: "Czy Bóg dzisiaj uzdrawia?", znacie już odpowiedź :) A jeśli nie, to ja Wam mówię: Bóg uzdrawia każdego dnia! Tylko wystarczy Go o to poprosić i uwierzyć w to, że może nas z tego uzdrowić! Czy wierzycie?

Sam Jezus mówi do swoich uczniów:
"Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie" (Mk 16, 17-18).

poniedziałek, 16 września 2013

Bóg nad wszystkim czuwa!

Kochane owieczki!

Myślałam o napisaniu tu drugiej części bajki lub i też o napisaniu tego, co się wydarzyło w ciągu minionego tygodnia, bo wiele się działo! Lecz Duch Święty zachęca mnie do podzielenia się czymś zupełnie innym.

Jakiś czas temu, pisałam Wam o tym, że martwię się, czy dostanę akademik, czy będę miała gdzie mieszkać w Lublinie. Tym bardziej, że moja koleżanka mnie wystawiła i pozostawiła samej sobie, sama sobie znalazła mieszkanie. Wtedy też mi powiedzieli, że nie wiadomo, czy dostanę akademik. A znaleźć mieszkanie, czy pokój, jaki by mi odpowiadał, to też graniczy z cudem.

Pisałam Wam tu (na blogu) również, jakie słowa usłyszałam w sercu od Boga: "Nie martw się mieszkaniem, nie martw się. Ja Cię poprowadzę, zatroszczę się o Ciebie". Lecz ja jakoś nadal się tym martwiłam, za mało było we mnie nadziei i ufności, przez co częściej się załamywałam. 
We wtorek 10 września br. na spotkaniu modlitewnym mojej wspólnoty padły takie słowa: "Jest tu kilka osób, które nie mają nadziei i zaufania, a doświadczenia, które mają, mają nauczyć ich zaufania". Po tych słowach zaczęłam płakać. Zrozumiałam, że Bóg dopuszcza te doświadczenia, które mnie spotykają, że poprzez to muszę nauczyć się Mu ufać. Mimo iż tak płakałam, doświadczyłam przemiany, czułam się jakoś inaczej! Taka przemieniona!

W sobotę 14 września br. byłam u modlitwy wstawienniczej i prosiłam o większe zaufanie, ale też i w innych intencjach. Dostałam słowo, abym zaufała. Podczas tej modlitwy czułam się tak wewnętrznie spokojna i taką błogość czułam. Ta modlitwa mnie tak przemieniła, że dostałam dar miłości i po drodze kogo spotkałam, to każdego przytulałam! Nawet jak spotkałam jednego znajomego księdza, zamiast normalnie się z nim przywitać, to go od razu przytuliłam! Miałam jakąś fazę na przytulanie! :D :D

W niedzielę miałam jakiś kryzys, wciąż zastanawiałam się, gdzie będę mieszkać, czy dostanę akademik, nawet pytałam już innych i prosiłam o kontakt, by znaleźć mieszkanie. Wciąż się tym zamartwiałam. Ostatnio trochę zaniedbałam moją formację i miałam zaległości do rozważania, bo powinnam już w całości rozważyć całą Księgę Estery. Późnym wieczorem w końcu zabrałam się do rozważania Słowa Bożego i postanowiłam rozważać po 2 rozdziały. Przeczytałam takie słowa:

"Dziewczyna mu się spodobała i pozyskała sobie jego życzliwość. Udał się do niej z kosmetykami i z [należną jej] częścią [utrzymania]. Dał jej też siedem dziewcząt z domu króla za towarzyszki i przeniósł ją i jej dziewczęta do lepszego miejsca w domu kobiet" (Est 2, 9).

To mi dało do zrozumienia, że dostanę akademik właśnie w Domu Żeńskim, że to tam mnie Bóg posyła. Nie mam pojęcia, o co chodzi z tymi siedmioma dziewczętami... ale pewnie to się okaże! :) 
Musiałam tylko jeszcze poczekać na list. Dzisiaj kiedy wstałam, zobaczyłam list na moim biurku i patrzę, a to list z KULu! Czytam i okazało się, że dostałam miejsce w akademiku żeńskim, czyli w biblijnym Domu Kobiet! Bóg nad wszystkim czuwa!

Te słowa, które usłyszałam w górach, to nie były wymyślone słowa, to były słowa od Boga! To On wszystko tak prowadzi, doświadcza mnie, bym Mu w końcu zaufała i uwierzyła Jego Słowu! Bóg dotrzymuje swojej obietnicy! Obiecał mi, że mnie poprowadzi i zatroszczy się o mnie, dotrzymał Słowa! Wystarczyło jedynie zaufać i uwierzyć w Boże Słowo! Jak widać, Pismo Święte jest wciąż aktualne i żywe!
Jeśli macie jakiś problem, martwicie się czymś, otwórzcie Biblię, a tam znajdziecie odpowiedź!
Tylko nauczcie się bezgranicznie ufać Bogu! To jest bardzo trudne, lecz naprawdę warto!
Na koniec jeszcze słowa, które tego dnia rozważałam:

"O Boże potężny nad wszystkimi, wysłuchaj głosu pozbawionych nadziei i wyratuj nas z ręki niegodziwych, mnie zaś uwolnij od mego lęku" (Est 4, 17z)

Te słowa były wtedy słowami mojej modlitwy błagalnej.

niedziela, 15 września 2013

Zagubiona owca

Witajcie długo poszukiwane owieczki!

W dzisiejszej Liturgii Słowa Bożego słyszymy trzy przypowieści. Lecz ja skupię się na jednej, mojej ulubionej- o zagubionej owieczce.

"Któż z was, kto ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zagubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: "Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła". Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia" (Łk 15, 4-7).

Pewnie każdy z Was coś kiedyś ważnego zgubił. 
Mi to zdarzyło się we wtorek. Odczepił mi się Jezus z krzyżyka, który dostałam od mojego dobrego kolegi, a to jest jedyny krzyżyk jaki mam. O tyle dla mnie ważny, że zawsze mogłam spojrzeć na Jezusa, gdy czułam, że mój krzyż, który dźwigam jest dla mnie zbyt ciężki. W dodatku jest to krzyżyk św. Benedykta, który zawsze chciałam mieć. A że przeżywam duchową pustynię, to jeszcze bardziej poczułam się opuszczona, kiedy odczepił się Jezus z krzyżyka. Wiadomo, krzyż też jest ważny, ale co to za krzyż z dziurami, na którym nie ma Jezusa? Kogoś najważniejszego, ukazującego, że jest Zmartwychwstanie.
Bardzo się źle czułam z tym, że zgubił mi się Jezus. Wszędzie Go szukałam, na biurku, nawet na łóżku, czy gdzieś tam nie został. Było mi bardzo smutno, czułam się opuszczona i chciało mi się płakać. Zgubiłam coś dla mnie bardzo ważnego. A Wy, jak się czujecie, kiedy coś zgubicie? Czy szukacie tak długo tej rzeczy, aż w końcu ją znajdziecie? Czy jesteście na tyle zdeterminowani, cierpliwi?
Lecz dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam, że Jezus szuka tej jednej jedynej ważnej owieczki dla Niego,        a zostawia pozostałe stado. Szuka tej zaginionej, dopóki jej nie znajdzie. To mi pokazuje, że Jezus zawsze mnie szuka, kiedy się zgubię, że to raczej ja Go zostawiam, a nie On mnie. To ja Go często gubię z moich oczu, czy też poprzez grzech. Mimo, że ja nie potrafię Go odnaleźć, On zawsze mnie odnajdzie we właściwym momencie. Dla Niego jestem kimś drogocennym, że warto nawet czasem rzucić się w ogień, by mnie nie stracić. A kiedy mnie odnajdzie, raduje się tak, że sprasza wszystkich znajomych na imprezę! Wyobrażaliście to sobie tak kiedyś? Każdy z Was z osobna, jest bardzo ważny dla Jezusa! Jeśli gdzieś błądzicie w swoim życiu, może nawet jesteście uwikłani w nałogi, to Jezus nie pozwoli Wam zginąć! On będzie Was zawsze szukał, aż pozwolicie Mu się odnaleźć. Gdy Was już znajdzie, weźmie Was czule w swoje ramiona, przytuli mocno do Serca i będzie cieszył się, że Was odnalazł! Wyprawi przyjęcie z tej okazji, by i inni się radowali! Tak bardzo Jezus się cieszy, kiedy wracacie do Niego, gdy zgrzeszycie             i nawracacie się poprzez Sakrament Pojednania. On tam jest i czeka na Was każdego dnia! Zawsze! Tylko pozwólcie Mu się odnaleźć, pozwólcie Mu dotknąć Was czułą miłością i przytulić mocno, tak jak matka przytula niemowlę.



A na koniec rozważanie ks. Jana Twardowskiego:
"Aby nie zgubić się Jezusowi, trzeba pamiętać o jednej prawdzie: Łaska Boża jest każdemu potrzebna do zbawienia. Zagubiona owca mogła zdobywać się na wysiłek, by się uwolnić i trafić do najbliższych. Mogła wyszarpywać się z krzaków, ale sama nie zdołałaby się oswobodzić. Musiały jej pomóc ręce pasterza. I to jest jedna z prawd chrześcijan: nikt nie może sam zbawić siebie własnym wysiłkiem. Zbawienie przychodzi spoza nas. Naszym zbawicielem jest Jezus i ci, którymi On się posługuje. Radosna przypowieść, bo uświadamia nam, jak jesteśmy ważni dla Boga, choć nieraz wydaje się, że już jesteśmy zgubieni na amen".

piątek, 13 września 2013

Bajka o nawróconej karawanie na pustyni skalistej

Drogie Owieczki!

Jak się pewnie domyślacie, tą niespodzianką w tym wpisie będzie bajka, którą opowiadałam po drodze na Dolinę Pięciu Stawów. Postaram się ją tu napisać w takiej formie, jaką ją opowiadałam i to, co pamiętam. Tworzyłam ją w drodze, dlatego nie miałam jej jak spisać. Bajka ta powstała na skutek walki z przeżytą traumą w tamtym miejscu.


Bajka o karawanie na pustyni skalistej...
Początkowo karawana wraz ze swymi wielbłądami myślała, że idzie poprzez zieloną łąkę. Wtedy karawana nie była jeszcze karawaną, lecz owczarnią. Jednak po jakimś czasie, stwierdzili, że jest za dużo skał               i okazało się, że idą przez pustynię skalistą. 
Oczywiście na ich drodze nie brakowało różnych przeszkód, jak i niebezpiecznych zwierząt.  Niestety kilka wielbłądów się poślizgnęło, a mało brakowało, bo mogły nawet skręcić nogi. Karawana zmierzała do oazy, przy której ich wielbłądy mogłyby się najeść i napoić, a sami mogliby wypocząć. Czekała ich długa i ciężka droga... Musieli się spieszyć, by dojść na czas do oazy, aby później móc zdążyć dotrzeć do kolejnego punktu ich wędrówki. Po drodze kilka razy robili postój, by móc napawać się pięknem widoków, ale również by zregenerować siły do dalszej wędrówki przez pustynię. Wielbłądy ledwo dyszały, było gorąco.
Gdy tak szli, spotykali różnych ludzi, niektórzy nie byli zbyt mile do nich nastawieni, bo się z nich śmiali. 
Na szczęście spotkali w drodze mądrych chrześcijan, którzy opowiedzieli im o Jezusie i nawrócili się. Chrześcijanie Ci cytowali im różne fragmenty z Pisma Świętego, by o nich sobie przypominali w trudnych momentach, jak również by pamiętali o tym, że Jezus ich prowadzi, jest ich Najlepszym Przewodnikiem        i troszczy się o nich. Tak więc dalej szli, prowadzeni już przez Najlepszego Przewodnika, przy którym czuli się bezpieczni i wiedzieli, że z Nim dojdą do celu, przy Nim nic im się nie stanie. Jak mówią słowa z Psalmu: "On nie pozwoli zachwiać się twej nodze ani się zdrzemnie Ten, który cię strzeże" (Ps 121, 3).       Te słowa bardzo ich umocniły i nawet, gdy się poślizgnęli, wiedzieli, że nic poważnego im się nie stanie. Po wielu trudnościach w drodze, w końcu dochodzili do oazy. Tam pozostawili swoje wielbłądy w miejscu dla zwierząt, gdzie mieli paszę i wodopój. Natomiast sami poszli nad przepiękną wodę, by tam odpocząć.       W tym miejscu przy tym niecodziennym widoku, przypomnieli sobie słowa z Pisma Świętego, które usłyszeli od chrześcijan, dzięki którym się nawrócili: "Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć: orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach, przez wzgląd na swoje imię" (Ps 23, 2-3).
Tak oto tym miłym akcentem dotarli do oazy, przy której mogli odpocząć, orzeźwić swoją duszę.
                                                                                                                                                   KONIEC


P.S. Tego dnia w drodze powrotnej wymyśliłam również inną część bajki, lecz nie wiem, czy ją tu umieszczę. Chyba, że będziecie chcieli, to wtedy umieszczę :) Mam nadzieję, że ta bajka Wam się podoba :)             Czy według Was mam bujną wyobraźnię?