środa, 7 marca 2018

Dawaj, nie oczekując niczego w zamian!

Boża Owczarnio!
       Już kiedyś na blogu pisałam o byciu hojnym, o tym, że warto dawać. Pisałam wtedy bardziej w kontekście dawania dziesięciny. Kto nie czytał, to zapraszam do przeczytania tutaj: https://owieczka-pana.blogspot.com/2017/11/radosnego-dawce-miuje-bog-czyli-o-tym.html. 
       Dziś chciałabym znów poruszyć ten temat, ale w trochę innym kontekście, a mianowicie, że w ogóle warto dawać pieniądze, jałmużnę. Jest Wielki Post, a w tym czasie jesteśmy zachęcani, by dawać jałmużnę jako wyrzeczenie, ale i pomoc drugiemu człowiekowi. Ja osobiście nie mam pracy już ponad 2 lata, więc nie mam dochodów. Czasem raz na kilka miesięcy trafi się jakaś dorywcza praca. 
       Na tegoroczny Wielki Post postanowiłam zaopatrzyć się w Zdrapkę Wielkopostną. Pierwszym zadaniem było zaplanowanie modlitwy, postu i jałmużny. Zastanawiałam się, jak mogę zaplanować jałmużnę, jak nie mam żadnych dochodów, mało na koncie i w ogóle praktycznie nic nie mam. Ciężko dawać komuś pieniądze, jakiemuś ubogiemu, jeśli samemu się nie ma. 
     W styczniu Bóg tak mnie zaskoczył, że dostałam zapłatę za reportaż, który napisałam na warsztaty, z których powstała Antologia. Napisali do mnie, że chcą zamieścić mój reportaż w Gazecie Wyborczej. Nie oczekiwałam żadnej zapłaty. A tu się okazało, że trochę za to dostanę. Dodatkowo jeszcze ksiądz po kolędzie zaproponował mi pewne zadanie do wykonania, za które mi zapłaci. W lutym dałam dziesięcinę z tego, co zarobiłam. Dałam ją w innej formie niż dawałam dotychczas, bo się trochę wstydziłam. Kilka tygodni później na sam koniec lutego Pan Bóg zwrócił mi 5 razy więcej za to, co dałam. Dzięki temu kilka dni później mogłam się podzielić z potrzebującym. 
    W miniony poniedziałek (5 marca) brałam udział w kolejnym warsztacie rozwojowym o przywództwie, które prowadzi trener couch, psycholog biznesowy - Andrzej Śmiech. Piszę o tym, ponieważ na tych warsztatach mieliśmy niesamowite ćwiczenie, które uwolniło mnie od zależności finansowej i oczekiwaniu czegoś w zamian, jeśli ja komuś coś dam, zwłaszcza jeśli chodzi o pieniądze. Zazwyczaj nie miałam przy sobie pieniędzy, no bo nic nie zarabiałam, więc skąd miałam coś mieć? A tym razem wzięłam, bo chciałam po drodze pójść do apteki, ale jakoś tak było zimno, że pojechałam autobusem i od razu poszłam na miejsce spotkania. Miałam przy sobie 6 zł. A tu nagle trener pyta nas na warsztatach, czy mamy przy sobie jakieś pieniądze. Każdy coś tam przy sobie miał. Poprosił nas, byśmy wyjęli jakąś monetę, czy banknot i dali to osobie obok. Z kolei ta druga osoba dała nam to, co miała. A później to, co dostaliśmy, mieliśmy dać kolejnej osobie. Tak minęło kilka kolejek, aż w końcu zakończyło się ćwiczenie i zostaliśmy z tym, co nam ktoś dał. Niektórzy może się wzbogacili, inni stracili. Mi zostało aż całe 1,5 zł, więc już nie miałam i tak kupić tego, co chciałam w aptece, więc dałam do puszki, zostając z niczym. Zostałam z niczym, ale to ćwiczenie uwolniło mnie od tego, że nie oczekiwałam niczego w zamian, że dostanę coś więcej niż dałam. To mnie uwolniło od zależności finansowej. W końcu to są Boga pieniądze, a nie moje. I dziś (7 marca), czyli 2 dni później dostałam od taty pewną sumę pieniędzy, choć niewielką. Ja dałam komuś coś od siebie, Bóg dał mi więcej. Z jednej strony straciłam, a z drugiej zyskałam wiele więcej niż mogłam się spodziewać. A nie oczekiwałam, że coś dostanę, że to mi się zwróci. Potraktowałam to ćwiczenie jako danie jałmużny, bo w końcu jest Wielki Post i pomyślałam, że może komuś bardziej się przydadzą te pieniądze niż mi. Zyskałam też wolność, by nie być zależnym od tego, czy coś mam, czy nie, czy mi starczy na coś, czy nie. Bóg się o nas troszczy i możemy dostać wiele więcej, jeśli nie oczekujemy niczego w zamian. A w dzisiejszych realiach jest to bardzo trudne, by nie oczekiwać czegoś w zamian, zwłaszcza wtedy, gdy praktycznie nic nie mamy.
       Mocne są też słowa w Księdze Przysłów: "Kto uszy zatyka na krzyk ubogiego, sam będzie wołał bez skutku" (Prz 21, 13). Kiedy nie przejmujesz się ubogimi, nie dajesz jałmużny, to również i Bóg będzie głuchy na Twoje wołania o pomoc. Bóg Ci nie będzie mógł pomóc, jeśli sam nie pomożesz potrzebującym. Mocne słowa, prawda? Warto się nad tym zastanowić. Może niewiele masz, ale warto dawać cokolwiek, tyle, ile można dać. Gdy my sami będziemy w potrzebie, wtedy Bóg się o nas zatroszczy i nam pomoże. Dawaj, nie oczekując niczego w zamian!

niedziela, 4 marca 2018

Wiadomość łańcuszkowa sprawi, że będziesz szczęśliwy lub nie? Naprawdę w to wierzysz?

Kochane Owieczki!
       Postanowiłam poruszyć kolejny trudny temat, bo mnie już "krew zalewa", kiedy mi wysyłają na Facebooku lub sms-em tzw. wiadomości łańcuszkowe. Jeszcze bardziej mnie denerwuje, kiedy robią to wierzące osoby, żyjące blisko Boga, formujące się we wspólnotach.
     Od jakiegoś czasu dostaję przedziwne tzw. wiadomości łańcuszkowe od różnych osób ze wspólnot. Tematyka tych wiadomości jest różna. Jednym z takich łańcuszków jest wysyłany obrazek, w dodatku przedstawiający Jezusa na krzyżu, a tuż obok grożące słowa, że jak się go nie wyśle, to straci się pracę albo nawet można umrzeć... To jest głoszenie złej nowiny, nowiny śmierci. Jeszcze napisali, że zdjęcie to jest święte. Tylko na tym zdjęciu widocznie widać różne oczy, twarz zrobioną z krzyża. Czy tak wygląda święty obrazek? Czy Jezus groziłby nam śmiercią, jeśli się go nie wyśle innym? Bóg chce naszego szczęścia, życia w obfitości. W Ewangelii św. Jana czytamy: "Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości" (J 10, 10).
Dostałam też inny "pobożny" łańcuszek:

"Modlitwa świętej Teresy. Dostałam to od koleżanki i miałam wybrać 12 kobiet, które mogą tego potrzebować i pomyślałam o Tobie... To tylko chwila przeczytać tę modlitwę. Mam nadzieję, że wybrałam właściwie. Proszę odeślij to do mnie z powrotem (zobaczysz dlaczego). Na wypadek jakby ktoś nie wiedział, święta Teresa jest znana jako święta małych kroków. To znaczy, że wierzyła w robienie małych rzeczy w życiu dobrze i z miłością. Jest także patronką ogrodników i florystów. Jej kwiatami są róże. Pamiętaj, żeby wyrazić życzenie zanim przeczytasz modlitwę. To wszystko co musisz zrobić. Nie ma żadnego załącznika. Po prostu wyślij to do 12 osób i daj mi znać co wydarzyło się czwartego dnia. Przepraszam, że musisz przesłać dalej tę wiadomość, ale spróbuj nie przerywać ciągłości tej korespondencji. Modlitwa jest jednym z najlepszych prezentów, jakie otrzymujemy całkowicie za darmo. Czy pomyślałaś już życzenie? Jeżeli go nie zrobisz nie spełni się! to jest ostatni moment, żeby go zrobić... Modlitwa świętej Teresy: Niech zapanuje pokój. Miej zaufanie do tego,że jesteś dokładnie tam,gdzie powinnaś być. Nie zapominaj o nieograniczonych możliwościach, które rodzą się z wiary. Używaj darów, które otrzymałaś i dziel się miłością, która została ci ofiarowana. Bądź szczęśliwa wiedząc, że jesteś dzieckiem Boga. Niech ta obecność zagości głęboko w Tobie,pozwól swojej duszy śpiewać i tańczyć z radości, a także kochać. Miłości wystarczy dla każdego z nas. Teraz prześlij to 12tu kobietom i pamiętaj, żeby przesłać to z powrotem...do mnie. Ja liczę się jako pierwsza, zobaczysz dlaczego".

Z jednej strony w tym łańcuszku jest o modlitwie, a z drugiej prośba o pomyślenie życzenia. To coś typu: złapałeś złotą rybkę i pomyśl sobie 3 życzenia. Masz na to 3 sekundy. Pomyślałeś? Nie? O, jak przykro, niestety się nie spełni. Tak naprawdę nasze marzenia w większości zależą od nas, czy się spełnią. Jeśli marzysz o dobrej pracy, która będzie dawała Ci radość, to zależy od Twoich możliwości i tego, na ile będziesz starał się znaleźć taką pracę. Niektóre marzenia, owszem nie są realne, jeśli nas na nie nie stać, gdy chcemy wyjechać gdzieś na jakąś super wycieczkę. Lecz jeśli będziemy odkładać pieniądze przez kilka lat, to może stać się to możliwe. Jeśli marzysz, by mieć dobrą figurę, to wszystko zależy od Twojej samodyscypliny, czy będziesz zdrowo się odżywiał, ćwiczył regularnie i utrzymywał daną wagę.

A tu jeszcze inny "pobożny" łańcuszek:

"Poprosiłam Anioła, aby nad Tobą czuwał, ale wrócił. Gdy zapytała dlaczego, że Aniołowie nie pilnują Aniołów. Wśród każdego z nas żyje 20tu Aniołów. 10ciu śpi, 9 bawi się, a jeden właśnie czyta tę wiadomość. Czytaj, czytaj dalej ... to nie są żarty. Pozostałe Anioły wyczuły, że coś Ci doskwiera. Mówią, że ten ból minie, że wkrótce nadejdą lepsze dni. Jeśli wierzysz w Aniołów, prześlij tę wiadomość 10 osobom. Nie ignoruj. Tej nocy dwa Twoje problemy rozwiążą się. Jutro twój dzień będzie o niebo lepszy. Wyślij tę wiadomość 10 osobom (mnie również). Jeżeli nie otrzymam, tzn. że nie zasłużyłam. Jeśli Ty otrzymasz z powrotem 5 wiadomości, w Twoim życiu wydarzy się coś fantastycznego".

       Ten łańcuszek to w ogóle jest niezgodny z nauką Kościoła Katolickiego. Ludzie nie są aniołami, ale mają swoich Aniołów Stróżów. Każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, który został dany człowiekowi w dniu jego narodzin. Raczej nie jest też możliwe, by aniołowie wiedzieli, co człowieka boli. Aniołowie nie wiedzą, czym jest cierpienie. Tego tak naprawdę zazdroszczą ludziom, że mogą cierpieć dla Boga. Tego dowiadujemy się w Dzienniczku św. siostry Faustyny.

       W wielu wysyłanych łańcuszkach na koniec jest prośba: 
"Jeśli roześlesz tę wiadomość do:
5 osób - czeka Cię szczęście,
10 osób - za miesiąc zdarzy się coś dobrego w Twoim życiu,
15 osób - za dwa tygodnie spełni się jedno z Twoich mniejszych marzeń,
20 osób - jutro spełni się Twoje największe marzenie!
To naprawdę działa!".

       Czy naprawdę wierzysz w takie rzeczy, że Twoje szczęście zależy od ilości wysłanych wiadomości i odebranych z powrotem? To Bóg decyduje o naszym szczęściu. On jest dawcą szczęścia. Jezus powiedział: "Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca" (J 10, 17-18).
       Czy wiadomość łańcuszkowa pochodzi od Boga? Na pewno nie. Wiadomości od Boga znajdują się w Piśmie Świętym. W Nim zawarte są wszystkie obietnice dla człowieka. Wysyłanie takich łańcuszków jest przesądem, zabobonem i grzechem przeciwko I przykazaniu. To jest forma wróżbiarstwa i czarnowidztwa. Polecam przeczytać też artykuł, który znajduje się na stronie: http://egzorcyzmy.katolik.pl/lancuszki-w-internecie/. 
Na koniec prośba ode mnie :)

czwartek, 1 marca 2018

Bóg nie kocha Twojej maski

Kochane Owieczki!
Niestety w zeszłym tygodniu nie udało mi się dotrzymać mojego postanowienia, ale nie poddaję się. Postaram się jednak pisać raz na tydzień. Trochę się dzieje w moim życiu, mam trudny czas. W każdym razie to, co teraz tutaj napiszę, to chciałam już napisać bardzo dawno temu. W końcu postanowiłam się do tego zabrać, a tak właściwie zmotywowała mnie konferencja ks. abp Grzegorza Rysia na Zimowym Apelu Młodych u mnie w mieście, który odbył się 24 lutego.
(fot. z książki Drogowskazy Miłości, ks. Krzysztofa Kralki)

      Na Zimowym Apelu Młodych, który odbył się na hali MOSiRu ks. abp. Grzegorz Ryś powiedział konferencję na temat prawdziwej pobożności. Mówił o Abrahamie, bo według niego, to właśnie Abraham jest wzorem prawdziwej pobożności. 
       Niestety wielu jest takich, którzy są fałszywie pobożni. Udają, że się dużo modlą, a w sercu są z dala od Boga. Odmawiają ileś tam różnych modlitw, formułek, coraz to więcej nowenn i litanii, a za chwilę potem kogoś przeklinają, obmawiają, oceniają fałszywie, traktują "jak powietrze", chodzą na imprezy w piątki, idą na zakupy w niedzielę do centrum handlowego. A Pan Bóg do nich mówi: "Ten lud czci mnie wargami, a sercem  swym daleko jest ode mnie" (Mk 7, 6). 
    Ksiądz abp. Grzegorz Ryś podawał również przykład, że w Piśmie Świętym jest nawet taki fragment, w którym Bóg mówi, że wymiotuje tym, co robią ludzie. Wymiotuje ich czynami. Mocne, nie? Czy chcesz być wymiotowany przez samego Boga? Nie wiem jak Ty, ale ja osobiście nie chciałabym zostać wymiotowana przez Boga. 
       Stąd też w moim sercu zrodziło się takie przesłanie:
       Bądź prawdziwy, nie fałszywy. Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś. Nie udawaj fałszywej radości. Nie przyklejaj fałszywego uśmiechu, jeśli w Twoim sercu nie ma radości, a jest ból i rozpacz. Chce Ci się płakać? Płacz! Jeśli jesteś naprawdę szczęśliwy i radosny, to śmiej się prawdziwie! Nie udawaj przyjaciela, jeśli nie potrafisz znaleźć nawet pół godziny czasu na spotkanie w ciągu tygodnia. Nie udawaj pobożnego, modląc się tylko na pokaz, a w sercu przeklinając innych. Bóg nie kocha Twojej maski, Twojego udawania. Bóg kocha Cię takiego, jakim jesteś! Bądź sobą!

       "Co można oczyścić rzeczą nieczystą? Z kłamstwa jakaś może wyjść prawda?" (Syr 34, 4)

sobota, 17 lutego 2018

Bóg mówi przez osoby

Drogie Owieczki!
Tak mi przyszło na myśl, by napisać taki cykl, jak Bóg przemawia na różne sposoby w codziennym życiu, zarówno w sposób naturalny, jak i ponadnaturalny, czyli charyzmatyczny, pod wpływem działania Ducha Świętego, a co wcale nie jest nowym wymysłem katolików, tylko wydarzenia te działy się już ponad 2000 lat temu, co też zostało zapisane w Piśmie Świętym w Dziejach Apostolskich, jak i w Liście do Koryntian. Biblia jest wciąż aktualna i dzieje się na naszych oczach! Tylko nie każdy to dostrzega, bo nie wszyscy chodzą do kościoła, bo po co? Przecież tam nie ma nic ciekawego!
       Po pewnym wpisie tutaj, który wywołał nieco zamieszanie, zastanawiałam się, czy Bóg chce, bym dalej prowadziła tego bloga, bym pisała. Myślałam też nad dalszym pisaniem książek i ich wydaniu. Od dawna nic nie pisałam w tym zakresie czegoś dłuższego, co można by wydać. Mam zastój w twórczości. Tak się zastanawiałam, czy to moje pisanie ma sens, czy mam dalej pisać cokolwiek. Bóg szybko odpowiedział na moje wątpliwości. Najpierw tata przyniósł mi książkę na temat dziennikarstwa w mediach. Później dostał telefon od jednego redaktora Gazety, który mnie pochwalił i powiedział, że mogę pisać książki. W tym czasie również wiele osób zaczęło mnie pytać, czy napisałam drugą książkę, czy coś teraz piszę. Też kilka osób potwierdziło mi, że podobają im się moje wpisy tutaj na blogu i że mam talent do pisania i powinnam go rozwijać. To jeszcze bardziej potwierdziło mi, że Bóg chce, bym dalej pisała tego bloga i bym w ogóle pisała, tworzyła nowe teksty.
       Tak naprawdę to drugą książkę zaczęłam pisać po skończeniu pierwszej, ale do tej pory jeszcze nie jestem w stanie jej skończyć. Wiem, że na nią nie jestem jeszcze gotowa, póki sama tak naprawdę tym nie żyję. Nie była by to książka autentyczna. Może kiedyś ją skończę i uda się ją wydać, ale na pewno jeszcze nie w najbliższym roku, ani raczej w następnym. Zaczęłam pisać zupełnie inne teksty, tworzyć coś innego, co nawet do mnie nie pasuje. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Niektórzy uważają, że mam talent i powinnam się w tym dalej rozwijać.
     Kilka dni temu miałam sen, w którym koleżanka poprosiła mnie, bym pomogła jej napisać książkę. Pokazała mi na kartce plan z rozdziałami. A wczoraj ten sen się wypełnił, tylko o pomoc poprosił mnie mężczyzna, nie koleżanka. Wysłał mi wstęp i początek rozdziału książki i chce, bym mu pomogła w napisaniu tej książki. To kolejne dla mnie potwierdzenie, że mam się rozwijać w pisaniu, pomagać też w tym innym.
       Jeśli masz jakieś wątpliwości, jakie jest Twoje powołanie, co powinieneś robić w życiu, czy to co robisz to jest tą właściwą drogą, to Bóg może mówić do Ciebie przez inne osoby, które mogą Ci potwierdzić Twoje obdarowanie i to do czego jesteś powołany. Ja już więcej potwierdzeń nie potrzebuję do tego, że powinnam pisać dalej. Wiem, że Bóg chce, bym to robiła, więc będę się w tym dalej rozwijać. Obserwuj, słuchaj, a wtedy Bóg przemówi do Ciebie w zadziwiający sposób.

niedziela, 11 lutego 2018

Jezus może Cię uzdrowić (rozważanie niedzielne Ewangelii)

Droga Owczarnio!
Już bardzo dawno nie pisałam tu rozważania do niedzielnej Ewangelii. Na ile będę mogła, chciałabym do tego wrócić.
Fragment dzisiejszej Ewangelii:

       "Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy na kolana, prosił Go: "Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić ". A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: "Chcę, bądź oczyszczony". Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: «Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich". Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego" (Mk 1, 40-45).

       Dziś jest 11 lutego, a to także Narodowy Dzień Chorego. Od kilku lat i ja świętuję ten dzień jako mój. W tym dniu można przyjąć sakrament namaszczenia chorych. Dziś, właśnie w ten dzień wyjątkowo wypada niedziela. Jednak Bóg też przychodzi w Swoim Słowie. W dzisiejszej Ewangelii do Jezusa przychodzi trędowaty, czyli ktoś, kto żył na marginesie, w izolacji od innych. Wszyscy bali się być blisko takiej osoby, a co dopiero go dotknąć! Jezus nie bał się jego trądu, wyciągnął do niego rękę i go dotknął, a później oczyścił, uzdrowił. Jezus polecił mu, by pokazał się kapłanowi, zaświadczył mu o swoim uzdrowieniu oraz by dał na ofiarę. 
       A co jest Twoim trądem? Może jakiś grzech, z którym zmagasz się wiele lat? Może boisz się pójść do spowiedzi po wieloletniej przerwie? Co jest Twoją chorobą, przez którą czujesz się wyizolowany? Co jest Twoim trądem, który sprawia, że inni nie chcą Cię dotknąć? 
       Wyobraź sobie, że stoisz naprzeciwko Jezusa. Jesteś ze swoim trądem, grzechem, chorobą. Powiedz Mu o tym, co chcesz, by Ci uczynił, z czego uzdrowił, oczyścił. Choć możesz czuć się bardzo brudny, śmierdzący, a inni będą uciekać na Twój widok. To Jezus do Ciebie podchodzi, bierze delikatnie Twą rękę i mówi: "Bądź oczyszczony".
       Na koniec chciałabym się z Wami czymś podzielić. Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, dostałam królika. Po 3 latach okazało się, że mam uczulenie na sierść. Na moich dłoniach pojawiały się straszne krostki, wysypka, z którą czułam się jak trędowata i czasem nawet specjalnie zakładałam bandaż, by to zakryć. Mimo, iż królika oddałam, to uczulenie później i tak nie znikało. Pojawiało się co jakiś czas. Bardzo źle się z tym czułam. Tak było aż do 2013 roku. To wtedy nastąpił przełom. W moim mieście w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego było wydarzenie na głównym deptaku, które odbywa się już od kilku lat. Co roku jest inny gość. Wtedy przyjechała charyzmatyczka z USA - Maria Vadia. Duch Święty bardzo mocno się nią posługuje. Wtedy właśnie powiedziała, że jest wiele osób, które chorują na alergie, katar sienny i Jezus ich z tego uzdrawia. Od tamtej pory nie mam kataru siennego! Nie muszę chodzić z kilkoma paczkami chusteczek przy sobie. Uczulenie na ręce również znikło!
       Jak wiecie jednak, to są też leki, które powodują wysypkę. Kiedy w styczniu chorowałam, okazało się, że herbatka z dziewanny mnie uczuliła. Na mojej ręce pojawiła się wysypka. Znów czułam się jak trędowata. Poniżej zdjęcie ręki z wysypką:
 
       20 i 21 stycznia w mojej diecezji odbyły się warsztaty o uzdrowieniu, które prowadził coraz bardziej znany ostatnio w świecie chrześcijańskim - Marcin Zieliński. 20 stycznia na koniec dnia odbyło się nabożeństwo z modlitwą o uzdrowienie. Mam wiele różnych chorób. Modliłam się wtedy o uzdrowienie mojego kręgosłupa, gdyż nawet nie mogłam tam stać. Nie mogłam również klęczeć. Na nabożeństwie nie czułam jakoś różnicy, bym była uzdrowiona w jakiś sposób. Dopiero następnego dnia rano zobaczyłam, że na mojej ręce nie ma już wysypki. Krostki zniknęły, choć poprzedniego dnia jeszcze były widoczne. Jezus uzdrowił moją rękę z wysypki, z którą czułam się jak trędowata. Poniżej zdjęcie jako dowód :)
       Pomyśl o swoim trądzie, o chorobie, z którą się źle czujesz. Poproś Jezusa, by wziął Cię za rękę i uzdrowił z tego, z czym czujesz się jak trędowaty z dzisiejszej Ewangelii. Jezus może Cię uzdrowić, jeśli tylko Go o to poprosisz i uwierzysz, że jest to możliwe. Moje zdjęcia są tego dowodem, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych :) 

piątek, 9 lutego 2018

"Nieustraszona. Pokonaj własne demony i kochaj całym sercem" Sonji Corbitt - recenzja

Kochane Owieczki!
To kolejna recenzja książki dedykowanej kobietom. Ostatnio dostawałam same takie :) Oczywiście znajdą się tu jeszcze recenzje książek nie tylko dla kobiet :)

Autor: Sonja Corbitt
Wydawca: Wydawnictwo eSPe
Ilość stron: 272
       Książkę Sonji Corbitt dostałam w czasie, gdy sama przechodziłam dość ciężką walkę duchową. Nie widziałam wtedy żadnego rozwiązania, nie miałam pomocy. Nikt nie chciał mi pomóc, a jedynym rozwiązaniem, jakie miałam i gdzie mogłam otrzymać odpowiednią pomoc, zostało mi to zabronione. Bóg przysłał mi pomoc poprzez książkę, jak również opaskę na rękę, która miała mi przypominać o tym, że w Jezusie jestem „nieustraszona”.
     „Nieustraszona” nie należy do łatwych książek. Jest napisana w ciężkim języku, choć opisuje łatwe rzeczy do zrozumienia. Już na początku znajdywałam odpowiedzi na moje pytania, co z czego u mnie wynika. Dużą pomocą w każdym rozdziale było podsumowanie na końcu, przydatne fragmenty z Pisma Świętego, które były wypisane. Pomocne były również pytania, które skłaniały do dłuższej refleksji. Stopniowo z każdym rozdziałem spisywałam sobie na oddzielną kartkę fragmenty z Biblii, które mi pomogą w walce duchowej.
     Autorka pisała w książce, że Bóg może robić nam tzw. sprawdziany z danego tematu, co było przedstawione. Tak się zdarzyło u mnie. Pan Bóg zrobił mi kilka takich dość mocnych sprawdzianów, przez które nie mogłam czytać książki przez kilka tygodni. Przeczytanie książki zajęło mi w sumie 4 miesiące z kilku tygodniowymi przerwami z powodu tak mocnej walki duchowej, której doświadczałam w tym czasie.
       Ciekawostką i zaskoczeniem dla mnie był rozdział, w którym była poruszana historia Izraelitów. Dowiedziałam się, że manna, która spadała z nieba miała smak taki, na jaki ktoś miał ochotę. Na marudzenie dzieci z powodu podawanego obiadu, autorka książki znalazła sposób. Kupiła makaron, który był ulubionym daniem jej syna. Na śniadanie, obiad i kolację miał do zjedzenia makaron. Następnego dnia nie chciał już go jeść. Sonja opowiedziała synowi historię o Izraelitach, o mannie i przepiórkach i uświadomiła go, że okazuje jej niewdzięczność, gdy narzeka na to, co podaje na obiad. Zapytała go, czy chciałby jeść makaron dopóki mu by nie wyszedł nosem. Od tamtej pory już nigdy nie słyszała, by chłopiec grymasił przy obiedzie.
       Chociaż to poradnik dla kobiet, to walki duchowej doświadcza każdy chrześcijanin. To temat uniwersalny i w tej książce są poruszone kwestie uniwersalne. Bardzo ciekawym doświadczeniem było wyobrażenie sobie, jak wkładam całą zbroję do walki na siebie, taką jaką mieli żołnierze i jak to opisała autorka. W Liście do Efezjan w rozdziale 16 jest opisane, czym jest ta zbroja i jak ona wygląda. 
Na końcu książki zaskoczyło mnie znaczenie historii proroka Eliasza i jego depresji. Okazuje się, że depresja jest konieczna do duchowego wzrostu, ponieważ jest to naturalny proces wyzbywania się czegoś, co jest nam już niepotrzebne. Bóg wykorzystał depresję Eliasza. Na początku był przy nim, pozwalał mu odpoczywać i spać. Eliasz mógł odzyskać siły, by później móc wyruszyć w długą wędrówkę. To jest dla mnie niezwykła historia. Nigdy na nią tak nie patrzyłam z tej strony. Dowiedziałam się również, że regularna modlitwa powoduje niższą częstotliwość lęków i depresji. Modlitwa i medytacja obniżają ryzyko chorób psychicznych i chorób serca, jak również poprawiają nasz system odpornościowy!
Chcesz być Nieustraszona? Pokonaj własne demony i kochaj całym sercem! Ta książka wiele Ci wyjaśni, co z czego wynika. Pomoże Ci zrozumieć taktyki nieprzyjaciela i pokaże odpowiednie narzędzia, które będą pomocą w walce. 
Wpis powstał za współpracą z Wydawnictwem eSPe.

czwartek, 1 lutego 2018

Czy Bóg może "mówić" przez sny?

Droga Owczarnio!
Chciałabym dziś poruszyć pewien temat, kolejny sposób, w jaki Bóg może do nas przemawiać. W ostatnim wpisie napisałam, że Bóg przemówił do mnie poprzez pewną sytuację. Bóg może mówić do człowieka w różny sposób, nie tylko przez Pismo Święte, czy Mszę Świętą i zawarte w niej Słowo.
Czy Bóg może "mówić" przez sny?
Odpowiedź na to pytanie może dać nam fragment z Pisma Świętego z Księgi Hioba: 
"Bóg raz się odzywa i drugi, tylko się na to nie zważa. We śnie i w nocnym widzeniu, gdy spada sen na człowieka; i w czasie drzemki na łóżku otwiera On ludziom oczy, przerażenie budzi w ich sercu" (Hi 33, 14-16).
Ten fragment daje jednoznaczną odpowiedź: Bóg przemawia przez sen do człowieka. W Piśmie Świętym jest wiele takich przykładów, kiedy Bóg posługiwał się snem, by objawić zamiary względem danej osoby lub narodu. Zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie były osoby, które miały sny. Były to sny prorocze, które pokazywały im, co mają zrobić lub co się wydarzy w danej sytuacji. Tak, jak i przed wiekami Bóg przemawiał do ludzi przez sen, tak i teraz to czyni. W Księdze Joela Starego Testamentu czytamy:
"I wyleję potem Ducha mego na wszelkie ciało, a synowie wasi i córki wasze prorokować będą, starcy wasi będą śnili, a młodzieńcy wasi będą mieli widzenia" (Jl 3, 1).
Te same słowa znajdują się w Dziejach Apostolskich w Nowym Testamencie:
"W ostatnich dniach - mówi Bóg - wyleję Ducha mojego na wszelkie ciało, i będą prorokowali synowie wasi i córki wasze, młodzieńcy wasi widzenia mieć będą, a starcy - sny" (Dz 2, 17).

Skąd pochodzą sny?
Są trzy źródła snów: Bóg, diabeł oraz nasza własna dusza. Bóg może przemawiać przez sen, by pokazać człowiekowi, jaką drogą ma iść, ale też by go przed czymś ostrzec, uchronić lub zachęcić do czegoś. Są też sny od diabła, które mogą zastraszyć, zniechęcić, a nawet dręczyć. Do takich snów należą koszmary senne. Natomiast sny, które pochodzą z naszej duszy, czyli np. z naszych emocji, są snami, które są wynikiem czynności, które wykonujemy w ciągu dnia. 

To, że mamy sny i że Bóg do nas przemawia, nie muszą oznaczać tego, że są to sny prorocze. Sny, które pamiętamy mogą być snami proroczymi. Często jednak Bóg chce nam po prostu coś przekazać. 
Mój sen: Zaproszenie na rekolekcje do Betanii.
Chciałabym się z Wami podzielić jednym takim snem, który miałam w grudniu minionego roku. Na początku grudnia zeszłego roku miałam sen, w którym śnił mi się znajomy ksiądz, że dzwonił do mnie, choć w rzeczywistości nie ma do mnie numeru telefonu. Mówił, bym przyjechała do niego i będzie tam 10 dni od poniedziałku do czwartku, a ośrodek, w którym jest nazywa się Betania.

Zastanawiałam się, co ten sen dla mnie może oznaczać. Zapytałam tego znajomego księdza, czy będzie prowadził jakieś rekolekcje lub czy gdzieś wyjeżdża. Potwierdził mi, że będzie prowadził jednodniowe rekolekcje w przyszłym roku, czyli w tym obecnym. Te rekolekcje miały być w styczniu, ale termin się zmienił na kwiecień. To ten sen był proroczy odnośnie księdza.

Interpretacja snu:
Wysłałam ten sen do interpretacji na stronę, na której zajmują się interpretacją snów. Na interpretację czekałam kilka tygodni. Napisali mi w tej interpretacji, że miałam bardzo niezwykły sen. Zaproszenie do Betanii jest cudownym zaproszeniem do bliższej relacji z Bogiem, do doświadczenia Jego miłości. Nazwa "Betania" oznacza "Dom Przyjaciół". W Betanii mieszkał Łazarz, Maria i Marta - rodzeństwo, które często odwiedzał  i przebywał w ich domu Jezus. Napisali też, że mają wrażenie, że teraz jest szczególny czas, w którym Pan Bóg chce przebywać ze mną w szczególny sposób, by dzielić się ze mną Swoim sercem i rozpalać Jego miłość we mnie i że są też pewne tematy, które chce ze mną przerobić. Liczba 10 oznacza między innymi podróż. Na koniec zachęcali, bym poświęciła dosłownie 10 dni, by pogłębić moją relację z Bogiem i że On chce mnie zabrać w niezwykłą podróż miłości i bliskości z Nim.

Jak to się wypełniło w moim życiu?
Ja jakoś nie znajdywałam czasu, by bardziej się zbliżyć do Boga, by być z Nim sam na sam. W domu też nie mam do tego zbytnio warunków. Poza tym od dłuższego czasu czułam się jakbym się znalazła w duchowym grobie, w ciemności, izolacji i samotności. Jakoś też sama uciekałam od tego czasu, by być sam na sam z Bogiem. Jednak Bóg znalazł inny sposób, by do tego doszło. 8 stycznia br. zachorowałam tak, iż przez równe 2 tygodnie praktycznie nie wychodziłam nigdzie z domu poza wyjściem na wizyty do lekarzy, które miałam już umówione kilka miesięcy wcześniej. Przez pierwszy tydzień choroby miałam cały czas gorączkę. Kiedy wzięłam polopirynę i inny lek przeciwgorączkowy, temperatura zamiast spaść, to jeszcze wzrosła. Nie miałam wtedy siły do niczego, nawet do modlitwy. Jednego dnia, kiedy już miałam dość tej gorączki, tego stanu, w jakim się znalazłam, pomyślałam, że zrobię sobie okład z wodą egzorcyzmowaną i się pomodlę o uzdrowienie, to może pomoże. W sumie i tak leżałam, więc nie zaszkodziło spróbować. Wzięłam chusteczkę, bo okładu jako takiego nie miałam i wylałam na nią trochę wody egzorcyzmowanej. Położyłam się do łóżka i położyłam namoczoną chusteczkę na czoło. Modliłam się w Duchu, by w Imię Jezusa odeszła ta gorączka. Po jakimś czasie sprawdziłam temperaturę i nieco się zmniejszyła, ale nadal była za wysoka. To znów zaczęłam się modlić. Następnego dnia nad ranem obudziłam się już bez gorączki i tamten dzień był ostatnim dniem, kiedy miałam gorączkę! Jednak i tak jeszcze przez tydzień nie mogłam zbytnio wychodzić z domu. W dodatku jeszcze miałam takie duszności, nie mogłam złapać oddechu, przez co 3 noce nie mogłam w ogóle spać, bo pilnowałam, by jakoś przetrwać i się nie udusić. Jednej nocy uświadomiłam sobie, że Jezus umarł na krzyżu z powodu uduszenia. Kiedy wisiał na krzyżu, głowę miał w dół, nie mógł oddychać, aż w końcu się udusił. Nigdy tak na to wcześniej nie patrzyłam. 
W przychodni kazali czekać tydzień na wizytę do lekarza rodzinnego. Inni lekarze nie chcieli przyjmować, a moja lekarz rodzinna była na zwolnieniu. Jakoś udało mi się dostać do mojej lekarz rodzinnej, bo wróciła ze zwolnienia. Okazało się, że miałam zapalenie tchawicy i krtani oraz uszu. To właśnie zapalenie tchawicy powoduje, że człowiek ma duszności i ma wrażenie, że się udusi. To zagraża życiu człowieka.
Przez to doświadczenie Jezus dzielił się ze mną Swoim Sercem. Dzielił się ze mną tym, czego doświadczał na krzyżu. Dzielił się ze mną tym, że i Jego nie chcieli nigdzie przyjąć. Też czuł się osamotniony, niezrozumiany przez innych. Jezus dzielił się ze mną Swoim cierpieniem i dał mi tego doświadczyć. Również i psychicznie i duchowo bardzo źle to na mnie wpływało. Byłam w izolacji, samotności, ciemności duszy. Ja się na to buntowałam i to właśnie to Jezus chciał ze mną przerobić, bym zmieniła swoje zachowanie i myślenie. Nad tym jeszcze muszę dalej pracować. W rzeczywistości moje bycie sam na sam z Bogiem trwało 12 dni. Dopiero 13 dnia wyszłam z domu i mogłam przebywać z innymi. Bóg sobie sam wybrał czas i miejsce, kiedy chciał ze mną pobyć Sam na sam. Bóg ma poczucie humoru!
Mam nadzieję, że ten wpis pokazał nieco podejście do snów, a właściwie, czy Bóg może przez nie coś pokazać. Wiadomo, że wiara w sny i czytanie senników to nie jest dobre i tego trzeba się wystrzegać. Czytanie senników nie jest zgodne z wiarą. Sny od Boga mogą nam wyjaśniać osoby, co się zajmują takimi interpretacjami, a czasami sam Bóg daje nam wyjaśnienie danego snu. Ja osobiście chciałabym się nauczyć interpretować sny i co Bóg chce mi przez nie przekazać. Mam nadzieję, że mi się to kiedyś uda :) 

środa, 24 stycznia 2018

Rywalizacja czy podążanie we wspólnym kierunku?

Kochane Owieczki!
Znów miałam zastój twórczy w pisaniu tutaj na bloga. Zbyt dużo się ostatnio dzieje w moim życiu i życiu moich bliskich. Nowe ciężkie choroby, trudne doświadczenia. A tymczasem 2017 rok się skończył już prawie miesiąc temu... Miałam tu pisać 2 razy w miesiącu i nie zawsze to mi się udawało przez miniony rok. Choć i tak w minionym roku napisałam więcej wpisów niż w roku 2016 i 2014!
Chciałabym w tym roku napisać tu więcej wpisów niż w pierwszym roku istnienia tego bloga, ale nie wiem, czy mi się to uda. Dopiero teraz dodaję mój pierwszy wpis w tym roku. Choć ten wpis miałam dodać jeszcze w grudniu minionego roku... 

Jakiś czas temu, kiedy czekałam na autobus, a miałam kilka minut do jego przyjazdu, obserwowałam sytuację na przystanku. Moim obiektem obserwacji były gołębie. Miałam dwie takie sytuacje, które różniły się bardzo od siebie. Wywarły na mnie wrażenie i skłoniły do pewnej refleksji, którą chciałabym się z Wami podzielić.
Pierwsza sytuacja: Rywalizacja i walka o jedzenie.
Kobieta z boku przystanku jadła bułkę i rzucała ją również gołębiom, które wokół niej się zgromadziły. Gołębię walczyły o to, by móc coś zjeść. Jedne wyrywały sobie okruchy od drugich. Te, które były silniejsze, miały co jeść. Słabsze odeszły z niczym. Poprzez tę sytuację Bóg mi pokazał wspólnotę ludzi z którymi tworzymy jakieś więzi, czy to w rodzinie, czy w Kościele, czy też w innych miejscach. Nieraz tak właśnie jest, że walczymy ze sobą o coś: o czyjeś uznanie, o posługi, bycie potrzebnym, o charyzmaty, choć przecież są łaską. Walczymy nawet o miłość. Rywalizujemy ze sobą o to, kto ma więcej talentów, darów, czy też charyzmatów, kto do czego się nadaje. Ci, którzy czują się pewni siebie, mają więcej siły, czy też są bardziej cenieni przez innych, oni nie muszą się obawiać o przetrwanie. A co ze słabszymi? Przeważnie zostają oni w tym miejscu, gdzie są i akceptują daną sytuację, często na tym tracąc lub odchodzą w inne miejsce, w którym będą mieli szansę na przetrwanie i gdzie nikt nie będzie ze sobą rywalizował, zwłaszcza o czyjeś spojrzenie, akceptację, miłość.

Druga sytuacja: Podążanie we wspólnym kierunku.
Druga sytuacja również miała miejsce na przystanku, lecz była zupełnie inna od pierwszej. Spora grupa gołębi była przy przystanku, później odleciały, ale wróciły po inne gołębie, które tam zostały i później wspólnie leciały w jednym kierunku. Tu nie było rywalizacji. Była pomoc słabszym gołębiom i lot w tym samym kierunku. I to jest piękne, że ptaki łączą się w stado i podążają we wspólnym kierunku, pilnując, czy wszystkie lecą. Jeśli ktoś zostaje w tyle, lecą po niego.
Czy to nie jest piękne? Powinniśmy uczyć się tego w naszych rodzinach, wspólnotach, środowiskach, w których żyjemy. Powinniśmy podążać razem w jednym kierunku i pomagać tym, którzy są słabsi od nas. Niestety nie zawsze tak jest. Trzeba nieraz miesiącami prosić się, by ktoś znalazł czas na spotkanie, rozmowę, pomoc, czy modlitwę. A tymczasem ktoś naprawdę może zmagać się z walką o życie...

Drogi Czytelniku, chcę byś zastanowił się nad tym, co jest dla Ciebie ważniejsze, czy rywalizacja, czy jednak dobro innych i podążanie wspólnie we własnym kierunku? Zależy Ci bardziej na opinii innych, byciem "kimś", kto jest doceniony przez innych i zapraszany do różnych ważnych zadań, wydarzeń? Czy może jednak wolisz nie wyróżniać się z tłumu i razem z innymi wspierać się i dążyć do jednego celu?
Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Pierwsza sprawi, że możesz stać się egoistą i choć będziesz z ludźmi, to tak naprawdę zostaniesz sam. Natomiast jeśli podejmiesz decyzję, by iść z innymi we wspólnym kierunku, zyskasz przyjaciół, będziesz bardziej szczęśliwy, zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże Ci zrozumieć trudną sytuację, wesprze Cię, albo chociaż pobędzie z Tobą, nawet wspólnie milcząc. Zastanów się, na czym Ci tak naprawdę zależy. Mam nadzieję, że podejmiesz właściwą decyzję.

Na koniec jeszcze mocna refleksja. Rymcerze zamieścili na swoim profilu na Facebooku taki wpis:

"Pewnego dnia w małej miejscowości w Polsce prowadziliśmy nasz projekt Nie Zmarnuj Swojego Życia. Zorganizowały go Siostry Zakonne. Po działaniach w kilku szkołach, niedaleko noclegu podeszła do nas dziewczyna. Opowiedziała nam historię, która nas powaliła. 
Była z dobrego domu, gdzie patologia to tylko słowo w słowniku na szafce w dużym pokoju. Rodzice w porządku. Dobry dom. Ona i Jej...kilka lat młodsza siostra. Zawsze starała się o względy rodziców. Starała się by byli z Niej zawsze dumni. Z czasem jednak zaczęły się porównania. Dlaczego Twoja siostra przynosi same 5, 6 ze szkoły, a Ty 4-, 4+ ? Z dnia na dzień porównania tak się nasiliły, że dziewczyna nie dawała rady. Ciągle była oceniana. Z czasem coraz bardziej krytykowana. Płacz w pokoju nie pomagał. Ciągła faworyzacja młodszej. W pewnym momencie dziewczyna wpadła w złe towarzystwo. Narkotyki, alkohol, papierosy, imprezy...
Na pozór ułożona rodzina. Wszystko ok...a faworyzacja młodszej siostry prawie Ją zabiła.
Miała 3 próby samobójcze. Rodzice po latach się ocknęli. Pomogły Siostry Zakonne. Dziewczyna zaczęła wierzyć w siebie. Nauczyła się nie porównywać. Oceny poszły w górę.
Postanowiliśmy, że zrobimy o tym utwór. Powstał numer ''Lepsza niż Ja''. To temat Tabu, ale wielu z Was może to przeżywać w swoich domach. Puśćcie to swoim Rodzicom. Uczmy się na błędach innych. Nie oceniamy i nie rańmy się wzajemnie".

Bęsiu/Rymcerze


Do odsłuchania poniżej rap na ten temat: