niedziela, 10 grudnia 2017

Przygotujcie drogę Panu (rozważanie niedzielne Ewangelii)

Droga Owczarnio!
Zaczynamy dziś już II tydzień Adwentu. W zeszłą niedzielę niestety nie miałam możliwości nic tutaj napisać, gdyż byłam na wyjeździe. Później jakoś się źle czułam, miałam stan podgorączkowy i tak jakoś wyszło. Na tyle, na ile będzie to możliwe, to będę pisać tu rozważania do niedzielnej Ewangelii. 
Fragment dzisiejszej Ewangelii:

     "Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym" (Mk 1, 1-8).

     Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam trzy ważne aspekty, które chciałabym Wam tutaj je opisać i wyróżnić. 

1. "Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki"
     Jan Chrzciciel zachęcał, by przygotować drogę na przyjście Jezusa. Co to dla nas oznacza? To znaczy, że mamy przygotować nasze serce. Mamy stawać się czyści, przejrzyści, tak by Jezus mógł nas zobaczyć, mógł "chodzić" po nas gołymi stopami. Mamy też tak pracować nad sobą, by wszystko w naszym życiu było wyprostowane, by zmierzało do jednego celu. Możesz pracować nad własnym charakterem, nad tym, by nie być leniwym, by nie popełniać tych samych grzechów. Przede wszystkim możesz pracować nad swoją relacją z Jezusem.

2. "[...] i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy"
     Kiedy już zastanowiłeś się nad tym, nad czym możesz pracować, co robisz źle, czym ranisz innych, to kolejnym krokiem w przód jest przystąpienie do sakramentu spowiedzi. Nie możesz tego zrobić, jeśli nie masz chrztu świętego. Jeśli przyjąłeś/-aś chrzest święty, to masz łaskę, by móc pójść do spowiedzi. Trzeba najpierw przygotować się do tego odpowiednio wcześniej. Gdy już będziesz przygotowany, pójdź do spowiedzi. Dobrze jakbyś miał kierownika duchowego, stałego spowiednika, który będzie znał i rozumiał Twoje serce i duszę. W spowiedzi wyznaj swoje grzechy. To oczyści Twoje serce i sprawi, że będziesz nowym człowiekiem.

3. "On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym"
     Trzeci krok to chrzest w Duchu Świętym. Jezus chrzcił Duchem Świętym, a te osoby doznawały uzdrowienia, Bożej obecności, przemiany życia. I dzisiaj można tego doświadczyć.
     Ja mój chrzest w Duchu Świętym otrzymałam 12 grudnia 2010 r., czyli 7 lat temu. Pamiętam, że było wtedy dużo śniegu, było bardzo zimno. Kiedy Duch Święty na mnie zstąpił, miałam ogromny pokój w sercu, którego nic nie jest w stanie wyrazić. Chrztu w Duchu Świętym można doświadczyć na rekolekcjach kerygmatycznych, czyli tam, gdzie jest głoszona Dobra Nowina. Mój chrzest w Duchu Świętym miałam na Kursie Nowe Życie. Jest również i Kurs Alfa, czy też rekolekcje REO. Tak naprawdę można wiele razy prosić o wylanie Ducha Świętego. Powinniśmy się Nim napełniać cały czas. Mnie bardzo to umacnia i Duch Święty wlewa w moje serce odwagę, choć mam osobowość bardzo lękliwą. Dzięki Niemu odzyskuję radość życia, kiedy po ludzku mam ochotę zapaść się pod ziemię. Wiele razy doświadczyłam również tzw. spoczynku w Duchu Świętym. Niektórzy mylą to z zemdleniem. To nie jest zemdlenie, ani zasłabnięcie. Zemdlenie jest całkowitą utratą świadomości, a przed tym są symptomy, jak np. szum w uszach, poty, mroczki przed oczami. Natomiast spoczynek w Duchu Świętym jest stanem, w którym ma się świadomość wszystkiego, co się dzieje wokół, upada się jakby ktoś popchnął nas lekko palcem. Kiedy się leży, ma się doświadczenie błogości, beztroski, ogromnego poczucia bezpieczeństwa, jakby było się w ramionach Jezusa. W tym czasie Jezus robi na sercu operację, uzdrawia nas wewnętrznie. To piękne doświadczenie, które przemienia serce.

     Zachęcam Cię bardzo serdecznie do przeżycia takich rekolekcji, otwarcia się na Ducha Świętego.

piątek, 8 grudnia 2017

Komputer czy Bóg? Co wybierasz?

Droga Owczarnio!
Za ten wpis pewnie poleje się fala hejtów. Gdy umieściłam poniższy wiersz na moim prywatnym profilu na Facebooku, miałam sporo negatywnych komentarzy na jego temat, że jest to profanum, że tak nie można, że to żarty z Psalmu, itp. Nie robię sobie żartów z Psalmu, ani Pisma Świętego. Nie jest to profanacja. Inspirowałam się zupełnie innym tekstem. Poza tym tu chodzi o treść, przesłanie tego wiersza, a nie o jego formę.
Komputerowy bożek
Komputer jest moim pasterzem,
żadnej wiedzy mi nie zabraknie.
Po barwnych stronach i portalach pasie mnie,
od Pisma Świętego odwodzi mnie.

Pozwala mi wertować po stronach Facebooka,

daje możliwości wirtualnych więzi.
Duszę mą zabawia, uczy i kształtuje,
mój wolny czas i umysł po brzegi zajmuje.
Muzyka, zdjęcia, demotywatory
we wszystkim mnie pocieszają.
Lajki i pozytywne komentarze
podnoszą moje ego.
Komputer, Facebook, Internet,
telefon dotykowy, oświecają moją duszę.
Komputer pozwala się lenić
na wygodnym fotelu.
Spędzam przed nim wiele czasu
na błogim nic nierobieniu.
I nawet, gdy Wi-Fi zabraknie,
komputer zawsze mi czas czymś zajmie.
Przyjaciół jednak nie znajdzie się wielu,
Facebook zrywa prawdziwe więzi przyjaźni.
I chociaż nie chcę opuszczać mojego komputera,
to prowadzi on do duszy zatracenia.
I choćbym miał najlepszy laptop i telefon dotykowy,
nic w tym nie zyskam,
nie zdobędę życia wiecznego, jako nagrody.

     Ten wiersz pisałam z zamysłem, by uświadomić innym, co tak naprawdę jest ważne w ich życiu, nad czym spędzają większość czasu. Sama to sobie uświadomiłam jakiś czas temu. Choć teraz aż tak bardzo nie jestem uzależniona, jak kiedyś. Jeszcze kilka lat temu pierwsze co robiłam po wstaniu z łóżka, to było wejście na komputer i sprawdzenie e-maila, Facebooka. Nawet nie było to śniadanie, ani poranna toaleta, tylko komputer. A co dopiero pomyśleć o modlitwie! 
     W początkach mojego uzależnienia od komputera, przebywałam na nim dość długo, zwłaszcza w weekendy. Kiedy chodziłam do szkoły, na studia, wtedy ten czas był krótszy, choć i tak często siedziałam przy komputerze, zamiast zrobić coś na zajęcia. Rzeczy ważniejsze zostawiałam na sam koniec. Często brakowało mi czasu na modlitwę, rozważanie Pisma Świętego. 
     Mimo, iż wciąż mam nadal duży problem z częstym siedzeniem przy komputerze, byciem na Facebooku, to zauważyłam, że już nie jest to pierwsza rzecz, którą robię zaraz po wstaniu z łóżka. Odkryłam, że z komputera zrobiłam sobie bożka. Zatraciłam relację z Bogiem, modlitwę, rozważanie Pisma Świętego. Czasem nawet, kiedy pojawiła się myśl, by pójść na Mszę Świętą, to wolałam zostać przy komputerze. Uświadomiłam sobie, że w ten sposób łamię I najważniejsze przykazanie: "Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną". 
     Inną kwestią jest to, jeśli mamy taką pracę zawodową, że musimy korzystać z komputera, czy nawet Facebooka. Co innego, jeśli szukamy pracy, wtedy też potrzeba poświęcić na to odpowiednią ilość czasu, powysyłać CV. A takie są teraz czasy, że większość załatwia się przez Internet. 
     W wierszu napisałam, że: "Facebook zrywa prawdziwe więzi przyjaźni". W ostatnim czasie straciłam przyjaciółkę, właśnie przez Facebooka. Nie znam jej zdania, dlaczego postanowiła zerwać przyjaźń. Po prostu pewnego dnia napisała do mnie, żebym do niej nie pisała i nie zbliżała się do niej, jak będę ją widzieć. Co z tego, że mogę mieć tysiące znajomych na Facebooku, jak niewiele z nich do mnie pisze, a jeszcze mniej chce się spotkać realnie. 
     A jak to jest z Twoim byciem przy komputerze? Czy nie poświęcasz mu więcej czasu niż powinieneś? Chcesz służyć komputerowi czy Bogu? Chcesz być w niebie? Ja już wiem, co mam zrobić. Staram się nad tym pracować, choć nie jest to łatwe. Wiem, że nie chciałabym zostać potępiona. Chcę być w niebie! Jednak jak każdy człowiek, błądzę, popełniam grzechy. Tylko dzięki łasce Bożej może się to zmienić. Zostawiam Cię z tą refleksją na ten czas Adwentu.

"I choćbym miał najlepszy laptop i telefon dotykowy,
nic w tym nie zyskam,
nie zdobędę życia wiecznego, jako nagrody".

niedziela, 26 listopada 2017

Król najbiedniejszych (rozważanie niedzielne Ewangelii)

Kochane Owieczki!
Dzisiejsza niedziela to ostatnia niedziela roku liturgicznego, w której przeżywamy Uroczystość Chrystusa Króla. Jezus kieruje bardzo mocne słowa na koniec tego roku. Warto więc usiąść i pomyśleć nad nimi dłużej.
Fragment dzisiejszej Ewangelii:

     "Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wówczas zapytają i ci: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego" (Mt 25, 31-46).


     Dzisiejsza Ewangelia to mocne zaproszenie Jezusa do czynienia uczynków miłosierdzia względem ciała. Jezus wypomina, że ci, którzy nie czynią uczynków tym najmniejszym, najbardziej potrzebującym, którzy nie mają nic do jedzenia ani picia, są chorzy lub są w więzieniu, to ci zostaną potępieni. To w nich obecny jest Jezus. To Jezus cierpiący, odrzucony przez innych, skatowany. Jezus - Król troszczy się o najbiedniejszych, ludzi z marginesu, z którymi nikt nie chce się przyjaźnić. Nikt nie chce przytulić bezdomnych, którzy odtrącają swoim nieprzyjemnym zapachem. A oni właśnie najbardziej potrzebują dotyku, miłości, poczucia, że ktoś jest przy nich. To właśnie w nich jest Jezus. To jest Jego zapach.
     Zdarza się jednak częściej, że bezdomni proszą o pieniądze. Co wtedy zrobić? Ja jestem bardzo nieufna co do tego, ponieważ większość z nich jest alkoholikami i czuć od nich, że piją. Wtedy warto zaoferować, że można kupić coś do jedzenia lub do picia, pomodlić się za tę osobę. Pieniędzy nie należy dawać takim osobom. Kiedy przychodzę na Mszę do katedry, tam często stoją bezdomni i żebrają pieniądze. Są specjalnie ubrani, niektórzy mają przy sobie kule i siedzą. Ostatnio przekonałam się, że to oszustwo, że nie potrafią chodzić lub mają coś z nogami. Przed wejściem do katedry stała kula, niedaleko leżały rzeczy, a pan bezdomny stał sobie normalnie w kościele. Niestety i tak się zdarza. Jednak wielu bezdomnych jest faktycznie bezdomnymi z innych powodów i często potrzebują coś zjeść, czy napić się ciepłej herbaty. Spotkałam i takich. Kiedyś z kolegą kupiliśmy ciepłą herbatę i pan nam niezmiernie za to dziękował. Widać, że był zziębnięty, bo była wtedy zima. 
     Różne są sytuacje, ale ważne jest serce i intencje. Warto pomagać innym, zwłaszcza tym, którzy są ubodzy. Ja sama doświadczam wiele dobra od ludzi, nawet materialnego. Od ponad roku nie mam pracy, a oszczędności się kończą. Nie miałam nawet na leki. Bóg się troszczył z każdej strony. 
    Zaprzyjaźnij się więc z Królem najbiedniejszych, który przyjmuje każdego, nawet jeśli śmierdzi, jest cały brudny, to Jezus nim się nie brzydzi.
Na koniec tak dla przypomnienia uczynki miłosierdzia względem ciała:
1. Głodnych nakarmić.
2. Spragnionych napoić.
3. Nagich przyodziać.
4. Podróżnych w dom przyjąć.
5. Więźniów pocieszać.
6. Chorych nawiedzać.
7. Umarłych pogrzebać.

I pamiętaj: "Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego" (Mt 25, 31-46).

niedziela, 19 listopada 2017

Nie chce mi się służyć... (rozważanie niedzielne Ewangelii)

Boża Owczarnio!
Choć ostatnie moje wpisy pojawiały się w niedzielę, to nie dotyczyły one niedzielnej Ewangelii. Już bardzo dawno nie pisałam, nie dodawałam żadnego rozważania do Ewangelii, choć miałam założenie, że będę robić to co tydzień. Ale jak to w życiu bywa: "indyk myślał o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli...". A ostatnie rozważanie napisałam w sierpniu... 
Fragment dzisiejszej Ewangelii:

     "Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść: Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów" (Mt 25, 14-30).

    Dzisiejsza Ewangelia jest nieco długa. Jezus opowiada uczniom przypowieść. Uczniowie niewiele rozumieli z nauk Jezusa i często mówili, że ciężka jest dla nich ta mowa, dlatego też Jezus zaczął przemawiać do nich poprzez przypowieści, które miały swoje drugie dno. Również i w tej przypowieści o talentach jest drugie dno. Tak właściwie to w dzisiejszej Ewangelii nie chodzi o talenty, jakie mamy. Jezus nazywa je zdolnościami. Talent, inaczej z łac. talentum, a od gr. tálanton oznaczał ciężar. W tamtych czasach był największą miarą masy i pieniądza. Masa jednego talentu eubejskiego ważyła 26 kg złota. Natomiast Jezus w Ewangelii powiedział, że pewien człowiek rozdał sługom swój majątek i "każdemu według jego zdolności". określane są jako umiejętności, które możemy rozwijać, jak np. śpiew, granie na instrumentach.
     Chciałabym się skupić na rozważaniu tej Ewangelii nie na tym, że trzeba rozwijać talenty, które nam Bóg powierzył. Choć to też jest bardzo ważne. Dzięki zdolnościom i talentom możemy służyć innym, a na końcu życia będziemy sądzeni z miłości. 
     Chcę zwrócić Waszą uwagę na sługę nieużytecznego, czyli na tego, który nie chciał nic zrobić ze swoim talentem (wartością pieniężną), by ją móc rozmnożyć, zainwestować. Tak naprawdę przyczyną tego był lęk. Bał się swojego pana, bo wiedział, że jest zachłanny. Dzieci, gdy rodzice każą im coś zrobić, choć mówią często: "Nie chce mi się...", to po jakimś czasie jednak to robią, bo boją się reakcji swoich rodziców. Jest to lęk destrukcyjny i lęk motywujący do działania. Któremu się poddasz?
     Sługa nieużyteczny był też leniwy, bo przecież mógł zanieść talent do banku, gdzie mógłby mieć zysk. Jednak on tego nie zrobił. Nie chciało mu się iść aż do banku, daleko do miasta, wolał pójść blisko za płot i zakopać talent w ziemi. Zmarnował to, co otrzymał. Nie chciał rozwinąć talentu, ani w żaden sposób go spożytkować. Najzwyczajniej w świecie, po prostu nie chciało mu się nic z tym zrobić. Podobnie jest też z nami. Znajdujemy tysiąc wymówek na to, że nie możemy czegoś zrobić. Nie chce nam się nic robić z naszymi talentami, zdolnościami, które otrzymaliśmy od Boga. Wolimy pisać teksty do szuflady, tylko dla siebie. Choć tak naprawdę każdy tekst ma swojego odbiorcę. Lecz z lęku przed opinią innych, nie pokazujemy ich światu. Przecież lepiej sobie siąść w wygodnym fotelu, marzyć o niebieskich migdałach i wciąż powtarzać jak mantrę słowa: "Nie chce mi się...". Tak wielu osobom nic się w życiu nie chce. Nie chce im się pomagać biednym i potrzebującym, więc oni dalej żebrzą o spojrzenie, o miłość. Lekarzom nie chce się pracować za małą płacę, więc pracują powoli, a pacjentów przybywa i przybywa, kolejki się wydłużają. Nie chcą tak pracować, bo nie robią tego z powołania, tylko dla pieniędzy. Nie chcą służyć dla życia, lecz dla własnej wygody, z zachłanności. A co by było, gdyby piekarzowi nie chciało się piec chleba? Co by się stało, gdyby kierowcom autobusów nie chciało się jeździć? Nie mielibyśmy, co jeść. Nie mielibyśmy, jak pojechać do centrum miasta, jeśli nie mamy samochodu. A z lenistwa, nie chciałoby nam się iść pieszo gdzieś, gdzie trzeba by iść pół miasta. Niektórym nie chce się żyć, więc niestety popełniają samobójstwo. Z lęku przed życiem woleli je zakończyć. Może bali się konsekwencji swoich wcześniejszych czynów i nie miał, kto im pomóc, bo nie chciało im się tego słuchać, co ta osoba mówiła, choć szukali u nich wsparcia i pomocy. Z czyjegoś niechcenia, ktoś stracił życie. Moich dwóch kolegów popełniło samobójstwo i obydwaj powiesili się w piwnicy swoich domów. Bali się konsekwencji swoich czynów. Jeden z nich miał poważne długi. Nie miał pomocy. Możliwe, że bał się, że nie będzie miał, jak ich spłacić, nikt mu w tym nie pomoże. Kiedy żył i wołał mnie, gdy mnie zobaczył, ja szłam z koleżankami i nie chciałam do niego podejść. Od tamtego czasu minęło już 7 lat, a ja nadal, kiedy przejeżdżam obok tego miejsca, w którym go widziałam po raz ostatni, przypominam sobie to wydarzenie. Obwiniam się o to, że do niego nie podeszłam, nie wysłuchałam go. Może mogłam mu pomóc, ale mi się nie chciało przejść te kilka kroków. Kilka miesięcy później dowiedziałam się o jego samobójstwie. Nie wiem, czy bym potrafiła mu pomóc i czy to by coś zmieniło, jeślibym wtedy do niego podeszła. 
     W kwestii służby innym również ostatnio mi się nie chce służyć. Nie chce mi się spotykać z tymi, którzy nie mają dla mnie czasu, nawet nie odpowiadają na "cześć", jak ich spotkam, a gdy oni chcą się spotkać, to zawsze muszę mieć dla nich czas i być na każde ich zawołanie, bo oni czują się samotni i nie mają z kim się spotkać. Nie chce mi się jeździć na posługi, gdzie nie czuję się na siłach, bo nie mogę długo stać i tylko dlatego mnie tam zabierają, bo tak naprawdę innym nie chce się tam jeździć. Nie chce mi się pomagać w kuchni, gdy mnie zbiera na wymioty, gdzie tak naprawdę się nie nadaję, bo nie potrafię gotować. Nie chce mi się tam pomagać, gdy ktoś mi mówi, że po co tam jestem i lepiej by było jakbym sobie poszła. To sobie poszłam. Nie chcę służyć, bo inni uważają, że się do tego nie nadaję. Nie chcę służyć, bo inni mnie odrzucają. Nie chcę służyć, bo nie chcę czuć się wykorzystywana. Nie chcę służyć, bo najzwyczajniej w świecie nie mam do tego siły. Nie mogę długo stać, bo po 10 minutach zaczynam mdleć. Nie mogę być w miejscu, gdzie niezbyt pachnie, bo za chwilę mogę zwymiotować. Po co coś robić, gdy inni wiedzą lepiej, że nam to nie wyjdzie i że się do tego nie nadajemy?
     Nie chcę i nie mogę służyć innym, ale mogę rozwijać swoje talenty i zdolności. Brałam udział w różnych warsztatach literackich. Na koniec ostatnich warsztatów usłyszałam, że napisałam jak dotąd najlepszy tekst i bym próbowała go wydać. Niedługo wyjdzie Antologia wraz z moimi tekstami. To będzie już moja 2 publikacja, choć nie autorska. Rozwinęłam swój talent pisarski. 
   Bóg ma inny plan wobec nas. Chce, abyśmy odkopali swój talent, który gdzieś głęboko zakopaliśmy w ziemi. Chce, byśmy rozwijali swoje talenty i dzielili się nimi z innymi. To dzięki Twoim zdolnościom inni ludzie mogą zobaczyć, jak różnobarwny jest świat. Dzięki Twojemu talentowi, inni mogą odkryć piękno. Być może dzięki Tobie zobaczą to piękno po raz pierwszy. Bóg tak Cię stworzył i uzdolnił do wielu rzeczy, bo jesteś Jego arcydziełem! 
    Weź łopatę i odkop swój talent z głębokości swego serca. Zajrzyj w nie dobrze i zobacz, jakie masz talenty, które zmarnowałeś lub po prostu nie miałeś czasu, by nad nimi pracować. Pokaż innym i sobie, że wcale nie jesteś beztalenciem! Pokaż, że jesteś wiele wart!

„Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma” (Mt 25, 29).

Na koniec chciałabym się podzielić z Wami wierszem mojego autorstwa, co też świadczy o tym, że nie marnuję swojego talentu poetyckiego :)

Bóg talenty rozdaje,
lecz wolny wybór ci daje,
co zrobisz z nimi dalej. 
I chociaż twierdzisz, że do czegoś się nie nadajesz,
to Duch Święty ci pokaże, 
że tak naprawdę, za szybko się poddajesz.
On cię do wszystkiego uzdolni,
od strachu cię uwolni. 
Z Nim wszystko jest możliwe,
twe myśli są fałszywe. 
Wykorzystaj daną ci chwilę, 
bo z Duchem Świętym przejdziesz niejedną milę! 
Uwierz, że to na pewno się uda,
bo wiara czyni cuda!

poniedziałek, 13 listopada 2017

"Stworzona przez Boga. Stać się kobietą, jaką Bóg chciał, abyś była" Tammy Evevard - recenzja

Drogie Owieczki!
Dawno nie wstawiałam żadnej recenzji przeczytanej przeze mnie książki. Chciałam tę recenzję skończyć i wstawić w październiku, ale jakoś się nie udało. Dziś recenzja książki szczególnie z dedykacją dla kobiet. Książka autorki Tammy Evevard, pt.: "Stworzona przez Boga. Stać się kobietą, jaką Bóg chciał, abyś była". Książkę tę przeczytałam już dawno temu, bo jakoś w sierpniu, ale jak widać nie miałam motywacji, by ją zrecenzować.

Autor: Tammy Evevard
Wydawca: Wydawnictwo eSPe
Ilość stron: 151
     Książka Tammy Evevard jest zdecydowanie o kobietach i dla kobiet. Żaden mężczyzna nie zrozumie tej książki, chyba, że będzie czytał ją ze swoją dziewczyną, narzeczoną, czy żoną.
Tę książkę czytałam jednym tchem, bo jest ona napisana prostym, płynnym językiem. Zawiera ona zarówno odniesienia do Pisma Świętego, przykładów biblijnych kobiet, jak również przykłady z życia samej autorki lub jej przyjaciółek, czy też i innych kobiet, które poznała. Są one autentyczne i pokazują, jak człowiek wiele uczy się na błędach.
      Autorka książki porusza serce czytelnika w niezwykły sposób, pisząc z pełną miłością, pewnością tego, o czym pisze. W książce urzekła mnie opisana bajka o Umiłowanej, czyli o dziewczynce, która była księżniczką, a gdy doznała wypadku, nie pamiętała, kim jest. Kobieta, którą spotkała, wmówiła jej, że jest wieśniaczką i dała jej stos szmat do założenia. Zamieszkała u niej. A pewnego dnia zobaczyła orszak, w którym brali udział król z królową, czyli jej prawdziwi rodzice. Kiedy ją poznali, chcieli, by z nimi wróciła do zamku. Lecz ona ich nie pamiętała, nie uwierzyła w to, że była księżniczką i wróciła do swojej chaty.
     Tammy Evevard poprzez tę bajkę pokazuje swoim czytelniczkom, że często jest również tak w ich życiu, że nie potrafią uwierzyć w to, że są godne by być córką Króla. To prawda, że wiele kobiet nie wierzy w to, że jest księżniczką. Nie czują się godne tego tytułu, bo przez lata wierzyły w kłamstwa innych na swój temat. Na koniec tego rozdziału znajdują się piękne słowa, które chciałabym tu zacytować: „Witaj w domu! Czekałem na ciebie! Czekałem, aby ponownie pokazać ci twój zamek. Spójrz na te piękne suknie, należą do ciebie! Zdejmij te łachmany strachu! Korona twojego stworzenia czeka tutaj, abyś ją założyła! Zdejmij tę połamaną koronę rozpaczy! Moja piękna córko, jesteś w domu. I ty, tak, ty, moja umiłowana, jesteś absolutnie i całkowicie kochana przeze mnie, twojego Ojca. Witaj w domu. Jesteś tutaj tak bardzo mile widziana”. Każda dziewczyna, kobieta chciałaby usłyszeć takie słowa. Przyjmij je do siebie.
     Książka ta zawiera wiele takich poruszających przykładów. Autorka pokazuje, jak ważne jest to, by być pewną siebie kobietą i wierzyć w swoją prawdziwą wartość. Zachęca, by kobiety wierzyły, że są niesamowitym cudem w oczach Boga. Nie wszystkie historie w tej książce są radosne, jak to w życiu, ale dają nadzieję na lepsze życie, jeśli tylko pozwoli się kochać Bogu i nazywać siebie przez Niego swoją księżniczką. Bardzo polecam przeczytać tę wspaniałą książkę, która daje do myślenia.

Wpis powstał za współpracą z Wydawnictwem eSPe.

niedziela, 12 listopada 2017

"Radosnego dawcę miłuje Bóg", czyli o tym, że warto być hojnym w dawaniu.

Drogie Owieczki!
Już od bardzo dawna zmierzałam się z tym wpisem, by go napisać i podzielić się z Wami tym, jak ważne jest dawanie dziesięciny i w ogóle hojne dawanie, nie tylko rzeczy materialnych.
Nie każdy z tym się spotkał, więc wyjaśnię, czym tak właściwie jest dziesięcina.

W Starym Testamencie w Księdze Kapłańskiej jest napisane:
"Każda dziesięcina z ziemi, z zasiewu ziemi albo z owoców drzewa należy do Pana, jest rzeczą poświęconą dla Pana. Jeżeli kto chce wykupić część swej dziesięciny, to doda do niej jedną piątą. Każda dziesięcina z bydła większego lub mniejszego, które przechodzi pod laską pasterską, jest rzeczą poświęconą dla Pana" (Kpł 27, 30-32).

     Dziesięcina jest 1/10 ze zbioru, czyli jest to nasze 10% z naszych dochodów, które otrzymujemy z wykonywanej pracy. Dziesięcinę powinniśmy oddawać w naszych parafiach, wspólnotach, czyli miejscach, gdzie wzrastamy duchowo i się formujemy, rozwijamy. Dziesięcina przeznaczana jest na ewangelizację, formację, utrzymanie liderów duchowych oraz na ubogich. Dziesięcina nie jest tym samym, co ofiara np. na tacę, czy też na cele charytatywne. Ofiara jest czym innym niż dziesięcina.
To tak w wielkim skrócie. Chciałam krótko opisać, o co chodzi, by wszyscy mieli choć trochę pojęcia o tym, czym chcę się z Wami podzielić w moim świadectwie.
      W Piśmie Świętym w 2 Liście do Koryntian czytamy: "Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg" (2 Kor 9,7). 
    Taki właśnie tytuł nadałam temu postowi, że "radosnego dawcę miłuje Bóg". Chciałabym podzielić się z Wami moim świadectwem na ten temat. O dawaniu dziesięciny i że w ogóle warto hojnie dawać pieniądze i nie tylko, usłyszałam kiedyś będąc w Lublinie na spotkaniu Armii Dzieci. Dzielili się świadectwami i ciągle powtarzali te słowa "radosnego dawcę miłuje Bóg". Już wtedy chociaż nie pracowałam, byłam jeszcze na studiach, to tak naprawdę niewiele miałam, ale zaczęłam się dzielić z innymi tym, co mam. Zaczęłam doświadczać Bożej hojności. 
   Pewnego razu byłam cały dzień na uczelni, zapomniałam zrobić zakupów, coś kupić do jedzenia, ale nawet nie miałam przy sobie pieniędzy. Wieczorem jechałam na bierzmowanie uczestników Kursu Alfa, w którym pomagałam w ekipie. Później ks. proboszcz tamtej parafii zaprosił całą ekipę na plebanię na kolację. Kolacja była tak obfita, że nawet w te kilkanaście osób nie daliśmy rady zjeść wszystkiego! Bóg zaspokoił mój głód i to w obfitości! Już nie musiałam się martwić, że nie mam co jeść. 
     W Piśmie Świętym jest również napisane o tym, jak dawać dziesięcinę. W Księdze Mądrości Syracha jest napisane: "Przy każdym darze twarz twoją rozpogódź i z weselem poświęć dziesięcinę! Dawaj Najwyższemu tak, jak On ci daje, hojny dar według swej możności! Ponieważ Pan jest tym, kto odpłaca, i siedmiokroć razy więcej odda tobie" (Syr 35, 8-10). 
Kiedy studiowałam w Lublinie, należałam do wspólnoty ewangelizacyjnej. Tam akurat nie było dziesięciny, ale była ustalona składka - 5 zł dają studenci, 10 zł osoby pracujące. Jeśli miałam przy sobie pieniądze, to dawałam na składkę. Nie zawsze pamiętałam, by wziąć ze sobą pieniądze. Chociaż nie miałam pracy, więc nie miałam dochodów. Rodzice opłacali mi stancję, o resztę musiałam się troszczyć sama z tego, co miałam ze stypendium socjalnego, choć to nie było wiele. Jednak w tym czasie nigdy nie głodowałam, nie brakowało mi niczego. Bóg się o wszystko troszczył. Kiedy kończyłam studia, dostałam się na bardzo dobrze płatny staż w Warszawie. Bóg mi odpłacił i to bardzo hojnie! Tak hojnie, że w kilka dni po ukończeniu stażu mogłam wyjechać na 9 dni do Włoch. A nigdy w życiu by mnie nie było stać na taki wyjazd!
   Od października 2015 r. nie miałam pracy. W kwietniu 2016 r. zaczęłam pisać książkę o przebaczeniu, która została wydana w kwietniu tego roku. Lecz, by mogła zostać wydana, potrzebny jest wkład autorski. A wydanie takiej książki kosztuje od 3000 zł wzwyż. Nie wiedziałam, skąd wezmę tyle pieniędzy. Od początku mówiłam, że jest to Boże dzieło i że ze sprzedanych książek będę oddawać dziesięcinę na cele ewangelizacyjne. Pytałam różnych osób, skąd można i jak się starać o dofinansowanie, znaleźć jakiegoś sponsora. Bóg tak sprawił, że od czerwca 2016 r. dostałam staż. To jednak nie wystarczało na to, bym miała jak zapłacić za wydanie książki. Zaczęłam się modlić i mówić do Boga: "Halo, Boże, nie mam na wydanie Twojej książki". Bo to Bóg zachęcił mnie do pisania i chciał, bym wydała tę książkę. Po jakimś czasie od tej modlitwy dostałam e-maila od wydawcy, że oferuje mniejszą kwotę wkładu autorskiego. Ta kwota już była bardziej możliwa do zdobycia, niż poprzednia. Nadal jednak zastanawiałam się, skąd mogę mieć na książkę. Moi rodzice nic nie wiedzieli o tym, że wydaję książkę i nie chciałam im o tym mówić, ani tym bardziej prosić o pomoc, bo i tak niewiele mają, jak muszą spłacać długi. Ja tyle nie zarabiałam na stażu, by móc mieć na ten wkład autorski, a poza tym musiałam mieć na leki, które niestety są drogie i nierefundowane przez NFZ. Wciąż dalej się modliłam i mówiłam Bogu, że nie mam na wydanie Jego książki. Napisałam też wpis na Facebooku z zapytaniem o to, czy ktoś wie, skąd można dostać dofinansowanie. Napisałam projekt na stronę polakpotrafi.pl, jak mi doradzili. To jednak nie pomogło. Pomoc przyszła z innej strony i z której bym się nie spodziewała! Otrzymałam dokładnie taką kwotę, jaką potrzebowałam, by przesłać wydawnictwu na wydanie książki!
     Na początku września 2016 r. skończyłam staż i do tej pory nie mam pracy, czyli już ponad rok. Pewnego dnia dałam 10 zł na potrzeby na budowę kościoła. A wieczorem tego samego dnia dostałam od osoby ze wspólnoty 100 zł. Bóg mi zwrócił 10-krotnie za mój dar na Kościół! 
     Chociaż nie mam pracy od ponad roku, nie mam żadnych dochodów, to w kwietniu br. moja książka została wydana. Choć po ludzku mnie nie stać na wydanie książki. Kiedy otrzymałam egzemplarze autorskie, większość z nich dałam w prezencie bliskim osobom, więc za dużo nie zarobiłam, a kolejne egzemplarze musiałam sama wykupić, by móc je sprzedać. Na jednej książce zarabiam jedynie 6 zł. Z tych książek, które sprzedałam i coś zarobiłam, oddałam dziesięcinę, tak jak to obiecałam Panu Bogu. Dziesięcinę oddawałam z radością. Nie żałowałam, że daję dziesięcinę. Obiecałam Bogu, że ze sprzedanych książek, jak będę miała dochód, to będę dawać dziesięcinę. Ja obietnic dotrzymuję. Najciężej było mi w kwietniu. Pod koniec kwietnia szłam na wesele, książka miała wyjść wcześniej, więc myślałam, że do tego czasu już sobie zarobię. Jednak tak się nie stało. Chciałam bardzo pójść na to wesele, a z drugiej strony nie miałam pieniędzy. I tym razem Bóg się zatroszczył! Część dostałam od rodziców, a resztę miałam ze sprzedaży książek, bo udało się sprzedać w tym czasie bardzo dużo książek, które miałam. W wakacje za moją dziesięcinę, Bóg mi dał być na rekolekcjach wakacyjnych, a później pozwolił mi wyjechać nad morze! A nad morzem nie byłam od kilku lat! 
       Od września kończyły mi się moje oszczędności, więc już nie miałam pieniędzy na wykupienie książek, by móc je później sprzedać. Od innego znajomego, który pracuje w wydawnictwie i wykupił moje książki, dał mi kilka moich książek do sprzedania i mogłam mu oddać pieniądze po sprzedaży. 
W październiku przypomniało mi się, że odkładałam gdzieś w jedno miejsce dziesięcinę, a jeszcze jej nie dałam. Dostałam też w tym czasie ulotkę z fragmentem z Pisma Świętego: "Przy każdym darze twarz twoją rozpogódź i z weselem poświęć dziesięcinę! Dawaj Najwyższemu tak, jak On ci daje, hojny dar według swej możności! Ponieważ Pan jest tym, kto odpłaca, i siedmiokroć razy więcej odda tobie" (Syr 35, 8-10). Tak pomyślałam, że ciekawe, czy faktycznie Pan Bóg oddaje siedmiokroć więcej. Tak do końca temu nie wierzyłam, nie dowierzałam temu Słowu. Wysłałam moją dziesięcinę przelewem w piątek 30 zł. Następnego dnia szukałam koperty, by włożyć do niego list. Przypomniało mi się, że w biurku miałam jakieś koperty. Znalazłam kilka kopert, a w jednej z nich 20 zł, nieco zniszczone, jakby leżało tam co najmniej z rok. Nie wiedziałam, skąd się tam wzięło, jak ani ja nie wkładałam, ani moi rodzice, bo nie zaglądają do mojego biurka. Pomyślałam sobie, że to Pan Bóg mi oddał za moją dziesięcinę. Jeszcze przelew nie dotarł, a ja już dostałam w zwrocie 20 zł! Dodatkowo jeszcze kilka osób zamówiło u mnie moją książkę do kupienia. Mama mi przelała też pieniądze na konto, o czym nie wiedziałam. Tata zapłacił za moje nowe szkła do okularów, bo mnie by nie było stać, a refundacji z NFZ nawet nie mogłam dostać, bo co 2 lata można dostać refundację, a ostatnią dostałam w zeszłym roku. Choć 30 zł refundacji to i tak niewiele. A kilka dni temu dostałam wynagrodzenie 200 zł za moją pracę przy korekcie książki. Plus jeszcze rodzice wykupili mi leki i antybiotyk, a to też nieco kosztowało. Też mogłam pójść do fryzjera i obciąć włosy! Jak tak to wszystko policzyłam, to Bóg mi nie oddał siedmiokroć więcej, lecz 14-krotnie więcej!
       Najciekawsze i w sumie najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ja nie mam pracy od ponad roku, a mam i daję dziesięcinę! Miałam książki do sprzedania, więc z tego, co zarobiłam, mogłam odliczyć dziesięcinę. Dostałam zlecenie na korektę książki do wydania, to dostałam za to wynagrodzenie, to mogę znów dać dziesięcinę. Ja już wierzę w te słowa zawarte w Piśmie Świętym, że Bóg oddaje siedmiokroć więcej. Moje napisane świadectwa w tym wpisie świadczą o tym. Gdyby tak nie było, nie napisałabym tego. 
       Ten wpis składa się głównie z moich świadectw, doświadczeń z życia, bo wiem, że nic innego nie przemawia tak jak przykład z życia. Suche teorie i fakty nic nie wnoszą, jeśli nie poprze się tego przykładami. Mam nadzieję, że mój wpis zachęci wielu z Was do oddawania dziesięciny i by nie bać się oddać Bogu oddać sfery finansów. Chociaż ma się długi, nie ma się pracy, to warto hojnie dawać, bo Bóg naprawdę jest jeszcze bardziej hojny i odpłaca się wielokrotnie więcej, nawet więcej niż obiecał w słowie Bożym!
       
"Więcej szczęścia jest w dawaniu, 
aniżeli w braniu" (Dz 20, 35).

Na koniec rap Tau'a na temat pieniędzy:

niedziela, 5 listopada 2017

"Biedni. Jeżdżą z wywalonym jęzorem z miejsca na miejsce". Czy to źle?

Kochane Owieczki!
Ostatnio trafiłam na Facebooku na profilu znanego jezuity, w którym zamieścił wypowiedź Marcina Jakimowicza z GN  na temat uczestniczenia w spotkaniach Mamre, czy u ojca Daniela w Czatachowej, czy też w innych miejscach, gdzie organizowane są spotkania otwarte z Mszą Świętą w intencji o modlitwy o uzdrowienie i uwolnienie. Wypowiedź pana Marcina:

     "Mamre, Msze, które odprawia o. Witko. Łódzcy jezuici, gliwicka Odnowa, czy Czatachowa? A może Tyskie Wieczory Uwielbienia? Na wszelki wypadek sprawdzę wszystkie. Biedni. Jeżdżą z wywalonym jęzorem z miejsca na miejsce, z modlitwy o uzdrowienie na modlitwę o uzdrowienie. Skrzętnie prowadzą statystyki, „gdzie Duch Święty działa mocniej?”. Zaliczają po kolei kolejne sprawności. Łowcy charyzmatów, których nie doświadczają, bo nie potrafią ich bezinteresownie przyjąć. Nie chcą stać się niemowlętami, które nie dysponują żadną walutą czy listą dobrych uczynków. Nie wiedzą, że na pytanie „Boże, a ile to kosztuje?”, niebo pozostaje głuche.
„Wszystko, co pochodzi z Królestwa możesz jedynie otrzymać”. Biedni. Nie wiedzą, że charyzmaty otrzymuje się… służąc. Że to rzeczywistość: „dar darmo dany dla drugiego”. Że Bóg w rzeczywistości wiary przewraca prawa matematyki do góry nogami. Otrzymujemy… rozdając. Mnożymy dzieląc. Tak to działa w wersji dla chrześcijan".

  To jest dość ubliżający komentarz pana Marcina z GN, jeśli chodzi o członków wspólnot charyzmatycznych. Jest bardzo dużo takich wspólnot zarówno w Polsce, jak i w Europie. Pod wpisem o. Grzegorza Kramera znalazło się ponad 40 komentarzy. To komentarze zarówno popierające wpis o. Kramera, jak i przeciwne, negujące, a wręcz nawet oburzające. Jedna z osób napisała komentarz: "Wydaje mi się, że jak <biedni> jeżdżą, to właśnie dlatego, że są biedni w wierze i szukają uparcie drogi do Boga. Czy to źle?". 
     W tym poście/wpisie chciałabym przedstawić moje spojrzenie na tę kwestię. Warto się zastanowić nad tym komentarzem tej jednej osoby: Czy to źle, że biedni w wierze szukają uparcie drogi do Boga? Czy to źle, jeśli jestem poważnie chora, że szukam pomocy u Boga?
    Chciałabym się podzielić tutaj z Wami moim doświadczeniem i moją refleksją na ten temat. Żywą relację z Bogiem mam od ok. 7 lat. Wcześniej była to wiara tradycyjna, chodzenie na Mszę bardziej z obowiązku, rutynowo. Choć, kiedy byłam w gimnazjum, należałam wtedy do Ruchu Światło-Życie. Uczyłam się wtedy modlić, przebywać z Jezusem na Adoracji, czytać Pismo Święte. Wbrew pozorom to mi wtedy wystarczało, ale nie czułam, że Bogu na mnie zależy, że jestem dla Niego ważna i troszczy się o mnie, o moje zdrowie i chce bym była szczęśliwa. Było wręcz odwrotnie. W oazie uczyli mnie, że Bóg daje nam nakazy i wszystkiego zakazuje. Dziewczyny musiały chodzić w spódnicach i sukienkach, a jak nie to źle, nie są kobietami, nie są Maryjne. Wtedy tak naprawdę to u mnie była tylko zwykła, a może nawet fałszywa religijność, pobożność, spełnianie obowiązków. W rzeczywistości żyłam z dala od Boga, nie wybaczałam innym, pogrążałam się w rozpaczy i miałam wiele prób samobójczych. Próbowałam siebie niszczyć na każdy możliwy sposób. Dodatkowo czytałam horoskopy i nawet je spisywałam, by inni mogli przeczytać. Czytałam Harrego Pottera i oglądałam filmy o nim, robiłam wróżby andrzejkowe z wosku, kupowałam ciastka z wróżbami, słuchałam muzyki techno i reggae (tak, tej z kultem Jah). Można by tu wymieniać jeszcze wiele innych rzeczy, które robiłam, a jako chrześcijanka, katoliczka nie powinnam robić i grzeszyć przeciwko I przykazaniu. Co się jednak stało, że odeszłam od tych pogańskich praktyk? Co się stało, że teraz wiem, że Bóg jest żywy i obecny, chociaż Go nie czuję? Skąd wiem, że Bogu na mnie zależy i chce mnie uzdrawiać? 
     Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy w 2010 r. trafiłam na Kurs Alfa. Choć ten Kurs uważałam, że nie jest dla mnie, bo przedstawiane tam były informacje, o których wiedziałam, to jednak coś zaczęło się we mnie zmieniać. Przede wszystkim wiele zmienił weekendowy Kurs Nowe Życie, na którym usłyszałam, że nie muszę niczym zasługiwać na Bożą Miłość, bo Bóg mnie kocha za darmo i jestem cenna w Jego oczach. A całe życie wmawiano mi, ze miłość jest interesowna, trzeba sobie czymś zasłużyć, trzeba wypełniać nakazy, przestrzegać zakazów, bo Bóg nas za to ukarze. Bóg nie jest policjantem, jak to niektórzy Go za takiego uważają. 
     Chciałabym odnieść się teraz do komentarza o. Grzegorza Kramera. Jak to napisał: "Biedni. Jeżdżą z wywalonym jęzorem z miejsca na miejsce, z modlitwy o uzdrowienie na modlitwę o uzdrowienie. Skrzętnie prowadzą statystyki, <gdzie Duch Święty działa mocniej>". Tak, jestem biedna. Byłam biedna, że byłam 2 razy w Czatachowej. Byłam biedna, że byłam kilka razy na Mamre w Częstochowie. Byłam biedna, gdy u mnie w mieście byłam na Mszy o uzdrowienie, którą odprawiał o. Witko, choć jest u mnie raz na rok, może dwa. Jestem tak biedna, że chodzę na Msze o uzdrowienie w każdym miesiącu, dodatkowo jeszcze na Wieczory Chwały, gdzie również jest modlitwa o uzdrowienie. Jest w tym prawda, bo obecnie mam 14 chorób, w tym większość nieuleczalne, a w tym guza w mózgu, który obecnie ma 4 mm, choć możliwe, że się powiększył, gdyż z dnia na dzień mam coraz silniejsze bóle głowy, że ciężko mi wstać z łóżka, bo jedynie sen mi pomaga, by nie faszerować się lekami, które psują wątrobę. Bardziej jednak jeździłam, czy też chodzę tam, ponieważ mój duch choruje i potrzebuję uwolnienia i umocnienia duchowego. To na spotkaniu wspólnoty Mamre w Częstochowie Jezus mnie uwolnił od nieprzebaczenia i sprawił, że w końcu nauczyłam się wybaczać innym i wybaczyłam wielu osobom, którym nie potrafiłam wybaczyć przez wiele lat. Doświadczyłam również uwolnienia od dręczenia złego w postaci śmierdzących różańców, które śmierdziały siarkowodorem. Od maja już mi nie śmierdzą różańce! Nie czuję zgniłych jajek, różańce mnie nie palą. Mogłam trzymać w ręce różaniec. Nie mogłam otrzymać pomocy u mnie w miejscowości, bo nie mają czasu na dłuższe modlitwy, więc jeździłam do Częstochowy. Czy to źle? Czy to źle, że szukałam pomocy tam, gdzie mogłam ją otrzymać? Czy to źle, jeśli chodzę na Msze Święte z modlitwą o uzdrowienie i proszę Jezusa, by mnie uzdrowił, bo lekarze już powiedzieli, że zrobili wszystko ze swojej strony? 
   W tym czasie, gdy uczestniczyłam w różnych takich wydarzeniach, gdzie była modlitwa uzdrowienia, moje serce się zmieniało. Również zostałam fizycznie uzdrowiona z: migreny, bólów kręgosłupa, kataru siennego, jaskry. W zeszłym roku w październiku dowiedziałam się, że mam jaskrę. W listopadzie miałam 2 zabiegi laserowe oczu, obydwu oczu. Okulistka powiedziała, żebym kontrolowała się co pół roku, bo w każdej chwili może być nawrót. W tym czasie była też Msza w mojej intencji. W czerwcu br. byłam na Mszy Świętej z Adoracją i modlitwą o uzdrowienie i padło tam słowo, że osoba zostaje uzdrowiona z jaskry. Przyjęłam te słowa do siebie i uwierzyłam w to, że Jezus uzdrowi mnie z jaskry. 27 października br. miałam wizytę kontrolną u okulisty. Okulistka zrobiła mi dokładne badania i powiedziała, że na dnie oka nie ma śladów jaskry! Co ciekawe, pytała mnie, czy zabieg miałam tylko na prawym oku. Powiedziałam, że na obydwu. To nawet nie było śladu, że na lewym oku miałam zabieg!
     Jeśliby w najbliższych parafiach kościoły były otwarte, była w nich możliwość Adoracji, czy choć raz w miesiącu była Msza z modlitwą o uzdrowienie, to ludzie nie musieliby jeździć po całej Polsce, by szukać pomocy, albo jak to niektórzy określają "mocniejszego działania Ducha Świętego", czy też może nawet sensacji. Tylko trzeba jechać pół miasta, żeby móc pójść na Adorację, bo parafia jest zamknięta na cztery spusty. Gdyby w parafii było podawanych więcej intencji o uzdrowienie, nie trzeba by organizować "specjalnych Mszy Świętych". Jednak w parafiach jest więcej intencji o zmarłych, niż o żywych i ich uzdrowienie. Tak samo i jest to z przyjęciem sakramentu namaszczenia chorych. To nie jest sakrament przed śmiercią, dla tych, którzy umierają, lecz jest to sakrament dla żywych, którzy potrzebują uzdrowienia duchowego i fizycznego.
       Jednak jeśli chodzi o takie jeżdżenia z miejsca na miejsce, z rekolekcji na rekolekcje, gdzie będzie jakiś znany charyzmatyk: o. Bashobora, czy też Marcin Zieliński, to faktycznie z tym się zgodzę, że to mija się z celem. Przecież nie musimy być w każdym miejscu Polski, gdzie będą ci charyzmatycy. Nie musimy być na każdym wydarzeniu, czy rekolekcjach. Choć niektórzy tak niestety robią, że jeżdżą z miejsca na miejsce, gdzie tylko jest Marcin Zieliński. Nieraz przejadą pół Polski, albo nawet i całą, tylko po to, by zobaczyć Marcina i by się za nich pomodlił, jakby w ich miejscowościach nie było Mszy z modlitwą o uzdrowienie. Obecnie jest praktycznie w każdym większym mieście. Tu nie chodzi o wiarę charyzmatyka, czy ktoś zostanie uzdrowiony, choć to też jest ważne. Tu chodzi o naszą osobistą wiarę i chęć zbliżania się do Jezusa. Wiele osób zostało uzdrowionych, ale odeszło od Boga. Nie musisz jeździć pół Polski za Marcinem, uwierz po prostu, bo i w tym miejscu, w którym się znajdujesz, Bóg tak samo działa. Można pojechać raz, czy dwa na takie spotkania, by się umocnić w wierze i poczuć wspólnotę ludzi, którzy tam są. Doświadczyłam tego osobiście, będąc na rekolekcjach na Stadionie.
"Według wiary waszej niech wam się stanie!" (Mt 9, 29)

sobota, 23 września 2017

"Być jak Hiob. Doświadczenie Boga w kryzysie" ks. Michała Olszewskiego SCJ - recenzja

Drogie Owieczki!
Już ponad miesiąc nic nie wstawiałam tutaj na bloga, za co przepraszam. Choć chciałam pisać regularnie co niedzielę, ale jakoś nie jest to u mnie możliwe z pewnych względów. Chciałabym Wam przedstawić kolejną książkę ks. Michała Olszewskiego. Na początku ciężko mi było się zabrać za czytanie, ale w końcu jakoś przeczytałam. Książkę tę przeczytałam w lipcu, lecz jakoś nie mogłam się zabrać za napisanie jej recenzji. Jest to książka, która porusza temat kryzysu wiary i doświadczenia Boga w tym kryzysie.

Autor: Ksiądz Michał Olszewski SCJ
Wydawca: Wydawnictwo eSPe
Ilość stron: 110
     Książkę ks. Michała Olszewskiego SCJ pt.: „Być jak Hiob. Doświadczenie Boga w kryzysie” zaczęłam czytać, kiedy sama byłam w kryzysie.
     Książka ta nie ma osobnego wstępu, ani zakończenia. Rozpoczyna się rozdziałem, w którym znajduje się historia biblijnego Hioba. W tym rozdziale ks. Michał zachęca: „my musimy być takimi ludźmi – ludźmi, którzy z Panem Bogiem chodzą na co dzień pod rękę, którzy z Panem Bogiem są cały czas blisko, którzy z Panem Bogiem układają plany życiowe, którzy z Panem Bogiem rozmawiają, którzy do Pana Boga lgną. Tym, co cechowało Hioba i cechuje każdego człowieka Bożego jest praktyka codziennej modlitwy. Nie ma możliwości, byśmy byli ludźmi Bożymi, jeśli się nie modlimy”. Modlitwa może nas uratować w czasie kryzysu.
     Ksiądz Michał opisuje również ważną rzecz. Bóg może dopuścić działanie diabła w naszym życiu. Może pozwolić mu doświadczać nas cierpieniem. Z drugiej strony podkreśla również, że wiele osób w dzisiejszym świecie przypisuje zło Panu Bogu. A to człowiek jest sprawcą zła, który źle wykorzystuje wolną wolę. Kiedy człowiek jedzie samochodem pod wpływem alkoholu i traci życie, to jest jego wina. Kiedy przekracza prędkość i giną niewinni ludzie, to jest również jego wina. Grzech sprowadza śmierć. Autor podkreśla również, jak ważne jest posłuszeństwo Bogu i zwierzchnikom Kościoła. Przykładem, gdzie ksiądz i świeccy wypowiedzieli posłuszeństwo Kościołowi i Ojcu Świętemu jest ks. Natanek. Ksiądz Michał Olszewski tak pisze: „Episkopat Polski zakazał uczestniczenia w nabożeństwach z księdzem Natankiem, a ludzie pielgrzymkami podążają do Grzechyni, łamiąc zakaz Ojca Świętego, bo uważają, że ksiądz Natanek jest mądrzejszy niż Ojciec Święty i oni są mądrzejsi od Ojca Świętego”.
     Autor zachęca również, by nie używać wulgaryzmów, ponieważ jest to język diabła. Ksiądz Michał odkrył to podczas odprawiania egzorcyzmów. Do znaków działania złego ducha wymienia również pychę, kłamstwo, perfidię działania oraz tłumaczenie siebie.
     W książce tej urzekła mnie historia, którą już słyszałam kiedyś, ale w trochę innej formie. Kiedy jesteśmy w kryzysie, kiedy cierpimy, doświadczamy trudów choroby, Bóg wtedy niesie nas na rękach. Poruszają również świadectwa ludzi, których ksiądz Michał poznał. Z książki dowiedziałam się, że aby przetrwać kryzys, trzeba trwać przy Słowie Bożym, przynajmniej rozważać je nawet 5-10 minut, ale codziennie. Autor książki dzieli się, że jego kapłaństwo uratowała medytacja z fragmentami o świętym Piotrze. On zdradził Jezusa trzykrotnie. Jeśli i Ty masz podobnie, zdradzasz Jezusa swoimi grzechami, słabościami, masz kryzys w wierze, postaraj się codziennie być wiernym medytacji Słowu Bożemu. Na pewno przyniesie to owoce, jeśli nie od razu, na pewno w przyszłości.
     Bardzo polecam przeczytać tę wartościową książkę, która pokazuje, czym jest walka duchowa, którą toczymy. Walka o naszą wiarę.

Wpis powstał za współpracą z Wydawnictwem eSPe.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Czy masz tyle wiary? (rozważanie niedzielne Ewangelii)

Kochana Owczarnio!
Dziś kolejna niedziela, kiedy mogę podzielić się z Wami rozważaniem do Ewangelii. Kolejna Ewangelia, która pokazuje, jak ważna jest wiara.
Fragment dzisiejszej Ewangelii:

     "Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona" (Mt 15, 21-28)

     Dziś w Ewangelii czytamy i słyszymy historię kobiety kananejskiej, czyli poganki. Przychodzi ona do Jezusa i prosi Go, by się ulitował nad nią, a właściwie nad jej córką, która była "ciężko dręczona przez złego ducha". Taka kobieta dla Żydów była nieczysta, była dla niego jakby "gorszej kategorii". Jezus dwukrotnie odmawia jej pomocy. Jednak widzi jej wielką wiarę i spełnia jej prośbę. 
     Ja osobiście wiem, jak to jest być dręczonym przez złego ducha. Od 12 lat mam mocne myśli samobójcze, koszmary senne i dręczenia złego w nocy. Kilka razy go widziałam. Chciał mnie zrzucić z łóżka i mówił, że mnie zabije. Wbijał mi swoje szpony na plecach, co bardzo mocno bolało i myślałam, że będę wyła z bólu, ale nie chciałam budzić innych. Od wielu złych duchów Jezus mnie uwolnił, więc również wiem, jak to jest być wolnym. Z niektórymi jeszcze walczę, walczę o wolność, lecz właśnie... brakuje mi już wiary, że Jezus może mnie w pełni uwolnić od wpływu złych duchów. Kilka dni temu stwierdziłam, że się poddaję, że nie chcę już walczyć o wolność, że to nie ma sensu. Nie mam już nawet siły mówić Jezusowi, by mnie uwolnił i uzdrowił z tych wielu chorób. 
     Poganka ma większą wiarę ode mnie. Ona była wytrwała i mocno wierzyła w to, że Jezus może uzdrowić jej córkę. A jak jest z Twoją wiarą i wytrwałością? Czy wierzysz w to, że Jezus może uwolnić Cię od depresji, smutku, samotności, nałogów? Czy masz tyle wiary?

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Czy praktykujący katolik może ćwiczyć jogę?

Droga Owczarnio!
Postanowiłam poruszyć kolejny bardzo ważny temat i również kontrowersyjny, jak robienie tatuaży. 
Zobaczyłam na Facebooku, że mój kolega, praktykujący katolik jest zainteresowany wydarzeniem związanym z jogą. Napisałam do niego, czy jest świadomy, że jest to zagrożenie duchowe. Wysłał mi do przeczytania artykuł jezuity, Wojciecha Werhuna. Link turaj: https://m.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,2857,joga-taka-zla.html.
    W swoim artykule jezuita, Wojciech Werhun odwołuje się do świadectw osób, które już wcześniej były zaplątane w zło. Nie podaje jednak świadectw osób, które były praktykującymi katolikami i mocno wierzącymi. Dlatego też chciałabym się z Wami podzielić takim świadectwem, kiedy to ja brałam udział w jodze.
     Nie każdy z Was wie, dlatego przybliżę Wam moją historię. Ja zawsze byłam wierząca, od małego chodziłam do kościoła i się modliłam, więc zawsze byłam blisko Boga. Kiedy byłam w gimnazjum, zaczęłam bardziej przybliżać się do Boga i należałam do Ruchu Światło - Życie. Później w liceum byłam jakiś czas w KSMie, zaczęłam jeździć na spotkania dla młodzieży nad Jezioro Lednickie, chodziłam co miesiąc na tzw. kuźnię młodych. 
     W 2010 roku szłam na I rok studiów, więc szukałam też wspólnoty studenckiej, gdzie będą rówieśnicy. Tak trafiłam do Duszpasterstwa Akademickiego. Wtedy też usłyszałam o Kursie Alfa, który prowadziły wtedy tam dwie wspólnoty charyzmatyczne i postanowiłam zobaczyć, co to za Kurs. Okazało się, że to Kurs, który przybliża do Boga, pomaga w nawiązaniu żywej relacji z Nim. Zaczęłam na niego chodzić, choć miałam sceptyczne nastawienie. Nie widziałam wcześniej takiego uwielbienia, jak oni prowadzili. Nie wiedziałam, czym są charyzmaty i jak działa Duch Święty.       Wtedy właśnie też zaczęłam studia licencjackie, na których w ramach w-fu mieliśmy prowadzone zajęcia z jogi i każdy musiał w nich uczestniczyć, a jeśli się ominęło jakieś zajęcia, to dodatkowo trzeba było przyjść w innym dniu i je odpracować. Wtedy, gdy zaczęłam ćwiczyć jogę, zaczęło się pogarszać duchowo. Nie poszłam na kilka spotkań Kursu Alfa, nie chciałam chodzić do Duszpasterstwa Akademickiego i nie chodziłam jakiś czas. Zaczęłam pić alkohol, czego wcześniej nie robiłam. Chodziłam na koncerty hip-hopowe, które były wulgarne i w których nie powinnam uczestniczyć. Wpadłam w złe towarzystwo, które żyło z dala od Boga. Zaczęłam również chodzić na wagary, tzn. często nie chodziłam na obowiązkowe zajęcia na studiach. Zagubiłam się bardzo, przez co jeszcze bardziej nienawidziłam i siebie i innych. Dodatkowo jeszcze miałam problemy z nauką i groziło mi, że nie zdam semestru na studiach. Miałam też mocne myśli samobójcze, a nawet i próby, które głupio się skończyły. Raz potrąciłam dziewczynę, której mocno leciała krew po tym zderzeniu. Nie widziałam sensu życia. Miało ono dla mnie tylko czarne barwy. Później jednak jakoś wróciłam na spotkania Kursu Alfa, bo brakowało mi tych osób, ich bezinteresownej miłości, której nie doświadczałam od innych. I chociaż próbowałam się modlić, to nie mogłam się skupić. Nadal musiałam uczestniczyć w zajęciach z jogi, które były prowadzone na studiach. 
     Niby od początku ten w-fista nam mówił, że to nie ma żadnego odniesienia duchowego. A jednak mieliśmy robić dziwne pozycje, jakieś drzewo, ułożenie w kształcie embrionu, powitanie słońca, czyli jakaś medytacja, by to słońce wyszło, bo go nie było akurat podczas zajęć. Najgorsze zajęcia były, gdy ten w-fista kazał nam się położyć na tych odpowiednich matach i mówił nam, że nasze dusze nas opuszczają i lecą nad uczelnią, mijając poszczególne miejsca. Czy to nie jest wchodzenie w świat duchowy? A tak nam w-fista mówił, że żadnych takich praktyk nie będzie stosował... Na szczęście w końcu zwolnili tego w-fistę i w następnym semestrze i nowym roku już nigdy nie mieliśmy zajęć z jogi. Nie wiem, jaka była przyczyna zwolnienia tego w-fisty. 
     Kilka lat później trafiłam do sąsiedniej parafii, gdzie była konferencja diecezjalnego egzorcysty. Mówił on na temat I przykazania i jego form łamania, w tym także zagrożeń duchowych. Do tych zagrożeń duchowych należała joga. Wtedy przypomniały mi się wszystkie te dziwne pozycje i ćwiczenia, które robiliśmy na zajęciach z jogi. Przez ponad tydzień po tej konferencji ciągle mi się one przypominały. To Duch Święty mi pokazał, że powinnam się z tego wyspowiadać, że jest to grzech przeciw I przykazaniu, a ja jego do tej pory nie oddałam w spowiedzi. To również musiałam sama sobie wybaczyć, że brałam udział w takich praktykach. Dopiero, gdy poszłam do spowiedzi i powiedziałam spowiednikowi, że uczestniczyłam w zajęciach z jogi, mimo iż nie były do końca z mojej woli, bo miałam je z góry narzucone przez uczelnię, to wtedy Jezus mnie uwolnił od tych natrętnych myśli związanych z tymi ćwiczeniami i już nigdy one nie wróciły, nigdy mi się nie przypominały te wstrętne pozycje. 
     Czy praktykujący katolik może ćwiczyć jogę? Myślę, że po moim świadectwie, jeśli je przeczytaliście, to znacie odpowiedź na to pytanie. Przez ćwiczenie jogi można naprawdę bardzo pogubić się duchowo, oddalając się od Boga i praktyk religijnych. Jest to poważne zagrożenie duchowe, a im dłużej się praktykuje, tym gorzej z tego wyjść i robi to jeszcze większe spustoszenie w życiu.
     W książce Mileny Wróbel, pt.: Żółty piach na uroki. Bezdroża medycyny naturalnej" przeczytałam jej świadectwo o uczestnictwie w jodze, którą praktykowała wiele lat. Milena tak pisze w swojej książce: 

     "Pewnego razu podczas modlitwy z nałożeniem rąk, prowadzonej przez księdza Jarosława, poczułam ogromny ból, jakby ktoś wbijał mi miecz w brzuch. Później zrozumiałam, że były to miejsca czakr, a ból pojawił się na skutek mojego uwikłania w jogę. Ksiądz Amorth mówi wprost: "Joga to dzieło szatana, otwiera czakry, w których zamieszkuje demon, po to, by nami zawładnąć" (s. 151). 

     Milena Wróbel pisze również, że była we Włoszech na egzorcyzmie u ks. Amortha. Na koniec polecam posłuchać siostry Michaliny Pawlik, która spędziła kilka lat w Indiach i ma ogromną wiedzę na temat ich kultury.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Panie, ratuj mnie, bo tonę! (rozważanie niedzielne Ewangelii)

Kochane Owieczki!
Już bardzo dawno nie pisałam tutaj refleksji do niedzielnej Ewangelii. Postanowiłam w końcu wrócić do rozważań, na ile to będzie możliwe.
Dzisiejsza Ewangelia jest trochę o odwadze, jak również i o lęku. Dwie sprzeczności.
Fragment dzisiejszej Ewangelii:

     "Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym" (Mt 14, 22-33).

     Dzisiejsza Ewangelia przedstawia Piotra, który został pierwszym papieżem. Najpierw zachowywał się niczym prawdziwy chojrak, że "co to nie on". Jak Jezus mówi, że może chodzić po wodzie, to może to zrobić. Piotr ma charakter choleryka. Najpierw robi, zanim pomyśli. Wchodzi do wody, idzie jakiś czas, a gdy nagle wieje wiatr, boi się i zaczyna tonąć. Tonie, ponieważ skupia się na lęku, traci z oczu Jezusa. Tonie, ponieważ zaczyna wątpić w to, że może dojść do Jezusa. Jezus zaś zarzuca mu, że ma małą wiarę. On, który jest pierwszym papieżem. Ma słabą wiarę, ale również i lęki. Udaje chojraka, mocno wierzącego, stąpającego po twardym gruncie, a w gruncie rzeczy jest boi dudkiem i mało wierzącym. 
     Postawa św. Piotra pokazuje mi, że każdy może mieć swoje słabości. Każdy może się bać, mieć kryzys w wierze. Każdy może mieć chwile zwątpienia, nawet święci, a nawet i papież. Mogę mieć chwile zwątpienia, mogę mieć kryzys w wierze, nawet jeśli jestem we wspólnocie i się w niej formuję. 
     Od dłuższego czasu mogliście zauważyć, że nie wstawiałam żadnego wpisu z moim świadectwem, które by Was mogło pokrzepić i podbudować. Tak jak św. Piotr mam chwile zwątpienia, kryzysu. Duchowo tonę w ciemności, bo skupiłam się na tym, co złe w moim życiu. Straciłam gdzieś z oczu Jezusa, że On jest przy mnie i w każdej chwili może uciszyć burzę, w której się znalazłam. Z pozoru mogę udawać chojraka przed innymi, że wszystko jest ok, uśmiechać się i szczerzyć do innych. Ale po co? Jestem boi dudkiem, przerasta mnie ta burza i czasem wolę tonąć. Wiem jednak, że Jezus jest przy mnie i nie pozwoli mi się całkiem utopić. Stawia ludzi na mej drodze, którzy wspierają mnie modlitwą, spotykają się ze mną, bym nie czuła się samotna i pozostawiona samej sobie. 
     Jeśli masz w swoim życiu podobnie, że tracisz wiarę, masz kryzys, masz chwile zwątpienia i pochłania Cię lęk, to wołaj do Jezusa: "Panie, ratuj mnie!" Wołaj cały czas, módl się nawet tylko takimi słowami, a Jezus na pewno przyjdzie Ci z pomocą. Ja w to wierzę, że i mój kryzys kiedyś minie, że wróci silna wiara, a Jezus uwolni mnie od wszelkiego lęku.

Jest taka historia:

     We śnie szedłem brzegiem morza z Panem, oglądając na ekranie nieba całą przeszłość mego życia. Po każdym z minionych dni zostawały na piasku dwa ślady mój i Pana. 
Czasem jednak widziałem tylko jeden ślad odciśnięty w najcięższych dniach mego życia. 
I rzekłem: 
“Panie postanowiłem iść zawsze z Tobą 
przyrzekłeś być zawsze ze mną; 
czemu zatem zostawiłeś mnie samego 
wtedy, gdy mi było tak ciężko?” 
Odrzekł Pan: 
“Wiesz synu, że Cię kocham 
i nigdy Cię nie opuściłem. 
W te dni, gdy widziałeś jeden tylko ślad 
ja niosłem Ciebie na moich ramionach.”