Witajcie Kochane Owieczki!
Znów jakoś nic nie pisałam tutaj, ale to dlatego, że u mnie wiele się dzieje i coraz rzadziej przebywam w domu i staję się bardziej wolna od Internetu!
Wreszcie skończył się u mnie czas pustyni duchowej! Po 3 tygodniach tęsknoty za obecnością Boga, tygodniach przepełnionych dziwnym smutkiem, bolesnym czasem oczyszczenia. Mimo, iż był to dla mnie trudny czas, szczególnie gdy czułam nieobecność Boga, ale również i czułam się czasem opuszczona przez innych, nie dostawałam żadnej pociechy, odkryłam, że był to jednak bardzo potrzebny czas.
Podczas pustyni, Bóg stał się dla mnie taki odległy i nie dał mi Siebie odczuwać tak "uczuciowo", wręcz namacalnie i nie dostawałam żadnych łask ani nie mogłam korzystać z tzw. daru języków, odczuwać pokój serca i wewnętrzną radość, ponieważ tak na prawdę byłam do tego zbyt przywiązana. Przywiązywało mnie to, że chciałam odczuwać zawsze tą wewnętrzną radość i pokój, kiedy byłam na Mszy Świętej czy Adoracji. A podczas pustyni duchowej tego właśnie się nie odczuwa... I co wtedy? Pojawia się dziwny stan w sercu, które wypełnia smutek.
Teraz, gdy skończyła się pustynia duchowa, odkryłam, że Bóg właśnie chciał mnie oczyścić z tego emocjonalnego przywiązania. Tak też się stało, Bóg mnie oczyścił z tego, uzdrowił moje serce! Kiedy jestem w kościele, już tak bardzo nie pragnę odczuwać tej radości, pokoju serca, odczuwać bliskość Jezusa. Ja wiem, że On jest przy mnie, trzyma mnie w ramionach jak owieczkę, która się zgubiła a ją odnalazł. On tam jest obecny! To jest już dla mnie takie po prostu oczywiste. Jezus jest obecny w Eucharystii, w sakramentach, w drugim człowieku, którego stawia na naszej drodze. To mi teraz wystarcza!
A teraz ta właściwa część z tytułu wpisu...
Chciałabym się z Wami tutaj czymś podzielić, co się zdarzyło w miniony wtorek (czyli 9 lipca 2013r.).
Tego dnia rozważałam z mojej formacji takie słowa zaczerpnięte z Pisma Świętego:
"Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami, bo chora jestem z miłości" (Pnp 2,5)
Ja już od dłuższego czasu kocham się w pewnym chłopaku i kiedy go widzę, po prostu mi odbija! Mam motylki w brzuchu, mocniej bije mi serce, zaczynam nagle skakać, czy robić różne dziwne rzeczy, wręcz właśnie jestem "chora z miłości"!
We wtorek, kiedy szłam na Mszę Świętą na 18 do katedry, szłam przez park. Rozmyślałam wtedy, byłam rozmarzona i tak myślałam, że no może podobać się dziewczynie kilku chłopaków naraz, ale kiedy już się w kimś naprawdę zakocha i go pokocha, to tylko tego konkretnego faceta będzie kochać i nawet gdy się jej będzie podobał też ktoś inny, to serce i tak kocha jednego, bo przecież jak to mówią "Serce- nie sługa". Tak myślałam o tym pewnym chłopaku, czy może go spotkam i chciałam go spotkać, idąc do katedry. Doszłam już prawie do połowy drogi, a tu nagle mnie ktoś woła... Szłam rozmarzona, bujając w obłokach, więc po chwili się skapnęłam, że mnie ktoś wołał... Odwracam się, a tu on! Zagadał chwilę do mnie, coś tam mi z czymś pogratulował i powiedział, że się spieszy, więc poszedł szybciej. Zmierzał tam, gdzie ja. Po tym, gdy go spotkałam, już taka byłam w skowronkach i myślałam o niebieskich migdałach, że w kościele w ogóle nie mogłam się skupić na Mszy. Aż taka byłam zamyślona, że po Komunii poszłam dużo dalej niż w ławce, gdzie siedziałam, bo tak się zakręciłam!
Po Mszy Świętej i po spotkaniu mojej wspólnoty, dostałam propozycję by pójść na karaoke. Ja początkowo jakoś byłam senna i jakoś źle się czułam i nie chciało mi się iść, ale po namowie, w końcu poszłam. Po jakimś czasie, gdy już tam byliśmy, dowiedziałam się, że przyjdzie kolega tego pewnego chłopaka, którego kocham. Chciałam, aby przyprowadził go ze sobą i by moja przyjaciółka mu napisała, by go wziął ze sobą, ale w końcu tak wyszło, że nie napisała... Po jakimś czasie przychodzi ten kolega i patrzymy, przyprowadził go ze sobą! To już drugi raz w ciągu dnia! Bóg spełnił pragnienie mojego serca!
Byłam bardzo szczęśliwa i jeszcze bardziej mi odbijało. Mimo, iż ze mną praktycznie nie rozmawiał, a z wszystkimi innymi rozmawiał, to byłam rozradowana, że on tam był, przyszedł.
Także sprawdzają się słowa Pisma Świętego: "Kto prosi, ten otrzymuje". Ja prosiłam i otrzymałam! To był dla mnie aż nadmiar szczęścia, bo jeszcze w dodatku był tam jeszcze inny chłopak, który również mi się podoba.

Kiedy wróciłam do domu, rozważałam jeszcze inne słowa z Pieśni nad Pieśniami:
"Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach" (Pnp 2,8).
Te słowa tego dnia się spełniły, ukochany mój przyszedł! Może przez góry nie biegał, ani nie skakał po pagórkach, ale przyszedł!
Dalej jeszcze takie słowa:
"Ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos! Bo słodki jest głos twój i twarz pełna wdzięku" (Pnp 2,14b).
A Wy, drodzy czytelnicy, czy jesteście "chorzy z miłości"? Czy znaleźliście swojego ukochanego, ukochaną?
Jeśli nie, to jest jeszcze czas. Ja też nie wiem, czy on mnie kocha. Wiem, co ja czuję do niego.
Wiedzcie, że na pewno Jezus Was darzy taką miłością, że aż jest chory z tej miłości, szczególnie, gdy inni tej miłości nie odwzajemniają. Jezus biegnie Wam na spotkanie i skacze po pagórkach, by jak najszybciej móc się z Wami złączyć w Komunii Miłości. Przyjmijcie Jego Miłość do Was, a On obdarzy Was ogromną miłością, dzięki której będziecie również potrafili bardziej kochać innych, również waszych wybranków, jeśli macie. Ta Miłość przemienia życia! Przyjdź do Jezusa, On czeka na Ciebie każdego dnia!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Wulgarne komentarze będą usuwane!