czwartek, 17 kwietnia 2014

Szymon jest w każdym z nas

Witajcie drogie owieczki!

Tuż przed Wielkim Piątkiem, chciałabym się w tym wpisie z Wami podzielić moimi przemyśleniami i doświadczeniami z minionego piątku w ubiegłym tygodniu.

W piątek 11 kwietnia br. po raz pierwszy wybrałam się na Drogę Krzyżową na Majdanek.
Myślę, że każdy czytający mojego bloga, wie co to za miejsce. To tam znajduje się jeden z obozów koncentracyjnych, gdzie zginęło wielu niewinnych ludzi. To miejsce namaszczone szczególnym cierpieniem i tym bardziej szczególne jest odbycie Drogi Krzyżowej w tym właśnie miejscu.
Na Drogę Krzyżową szłam w pewnej intencji, powierzając bliskie mi osoby i ich trudy ewangelizacji w tym czasie. Gdy tylko dotarłam na Majdanek wraz z moją koleżanką, podszedł do nas ksiądz i oznajmił nam, że będziemy niosły palmy w procesji. Jak się okazało, palmy te miały gdzieś ok. trzy metrowe i przywieźli je z samej Jerozolimy! Ustawiliśmy się w dwa rzędy, zostawiając środek dla ludzi niosących krzyż. Jeszcze w dodatku ksiądz mnie wybrał, abym szła na samym początku jednego rzędu!
Moja pierwsza Droga Krzyżowa na Majdanku i od razu zostałam rzucona na głęboką wodę! Oczywiście nie byłam tym zachwycona, szczególnie że musiałam iść na samym przodzie, nawet przed krzyżem. Nie chciałam ani nieść tej palmy, która wbrew pozorom aż taka lekka nie była, ani nie chciałam prowadzić, ani tym bardziej być fotografowana przez wielu fotoreporterów, a już na pewno nie chciałam być pokazywana w Telewizji Lubelskiej! Zostałam do tego po prostu przymuszona...

Podczas Drogi Krzyżowej Jezusa był i tam jeden człowiek, który został przymuszony do pomocy dźwigania krzyża. Tym człowiekiem był Szymon z Cyreny. On wcale nie chciał pomóc Jezusowi i ulżyć Mu w Jego cierpieniu. Zmusili go do tego. To zupełnie jak teraz mnie przymusili do noszenia palmy. Sama byłam jak ten Szymon z Cyreny. Wiem jak to jest, gdy kogoś przymuszają do czegoś, gdy się nie chce, nie ma się najmniejszej ochoty, lecz wolałoby się iść za tłumem. Mimo ciężaru tej palmy oraz zawrotów głowy, które czasem miałam i mogłam tam nawet zemdleć, czy też się przewrócić, byłam posłuszna i szłam ze swoim krzyżem. Szymon Cyrenejczyk również był posłuszny i pomógł Jezusowi nieść krzyż, więc czemu ja bym nie mogła tego zrobić dla Jezusa? Ofiarowałam to, co miałam.

Chciałabym Wam przytoczyć tekst rozważania, który mnie poruszył podczas Drogi Krzyżowej na Majdanku.

Stacja V. Szymon z Cyreny pomaga Panu Jezusowi dźwigać krzyż.

Gdybyś miała być prezentem? Kolejne spojrzenie w lustro i myśl: Boże, dlaczego akurat ze mną Ci nie wyszło? Żeby choć samo "opakowanie" było kiepskie, a tu i "środek" najchętniej wymieniłabyś na lepszy model. A Boża logika jest zupełnie inna.
Dlaczego Mędrcy ze Wschodu ofiarowali Jezusowi złoto, kadzidło i mirrę? Bo po prostu to właśnie mieli! Do żłóbka z Nowonarodzonym śpiesznie pobiegli także pasterze z ciepłym mlekiem, serem czy zabitą owieczką. Dlaczego akurat te rzeczy? Bo to mieli! Ofiarowali to, co mieli! Nic więcej nie mogli. Dlaczego Józef z Maryją zanieśli do Świątyni parę synogarlic? Bo tylko na tyle było ich stać. Szymon pomaga nieść krzyż Jezusowi. Nie mógł zrobić nic więcej, nie mógł Go uratować. Tylko ponieść Jego krzyż.
Moje życie jest wspaniałym prezentem dla mnie i dla drugiego człowieka. Według Boga- najlepszym, idealnym. A mimo to tak bardzo przerażają mnie moje puste ręce i często kołaczące się w głowie zdanie: "jestem do niczego". A jeszcze bardziej przeraża mnie moja krótka pamięć i ciągłe zapominanie, że Bóg złożył w te ręce mnóstwo cennych darów.
Może pasterzy też przerażało, że Jezusowi niosą tylko jakieś "ochłapy" tego, co powinni ofiarować dla uczczenia Króla. Może i Szymon z Cyreny przeżywał to samo. A tymczasem ich gest ofiary z tego, co po prostu mieli, przetrwał w świadomości pokoleń.
Mam wiele darów. Ty masz wiele darów. Sporo z nich pewnie nie jest jeszcze odkrytych. Ucz się dostrzegania najdrobniejszych talentów swego życia, które możesz ofiarować Bogu i ludziom.


Warto posłuchać rozważania o. Adama Szustaka na ten temat:

 
A czy Wy drodzy czytelnicy mojego bloga macie również takie sytuacje, gdy ktoś Was do czegoś przymusza, a Wy tego bardzo nie chcecie robić? Czy mimo to stajecie się posłuszni? Czy raczej się poddajecie? Czy zmuszacie się do czegoś, by to zrobić? Czy niesiecie swój krzyż, cierpienie, znosicie choroby?
Te pytania pozostawiam Wam. Zastanówcie się nad tą stacją, kiedy będziecie na Drodze Krzyżowej i spróbujcie się odnaleźć w tej sytuacji, czy i Wy jesteście Szymonem z Cyreny?

niedziela, 6 kwietnia 2014

Hannah

Witajcie Drogie Owieczki!

Znów tu dawno nic nie pisałam. Wiele ostatnio się dzieje i staram się jakoś to wszystko poukładać, znaleźć na wszystko czas. Od jakiegoś czasu mam poważniejsze problemy zdrowotne i muszę robić różne badania, chodzić po różnych lekarzach, nowe leki mi przepisują. Póki co nic konkretnego nie wiadomo, a tymczasem do połowy sierpnia mam już zapełnione terminy przez wizyty u lekarzy i badania!

Już ponad rok temu powstał ten blog, dlatego też chciałabym się z Wami podzielić, dlaczego piszę pod pseudonimem Hannah, skąd się to właściwie wzięło.

Nie podaję mojego prawdziwego imienia, ponieważ przed tym blogiem kiedy miałam inny i tam pisałam używając moje imię, miałam później wiele problemów przez to i w końcu musiałam skasować blog. Jednak mimo to postanowiłam założyć kolejny, który możecie teraz czytać i dlatego piszę tu pod pseudonimem.
Moje imię pochodzi z hebrajskiego Hannah, co oznacza "łaska". Jakiś czas temu jeden z moich wykładowców uświadomił mnie, że moje imię pochodzi od imienia Janina. Z kolei imię Janina pochodzi również z hebrajskiego Johanan- to znaczy "Bóg okazał miłosierdzie, Bóg jest łaskawy". To wcalenie jest bez znaczenia i nie jest to przypadkiem. W życiu chrześcijanina nic nie jest przypadkiem! Doświadczam tego w moim życiu i codziennie odkrywam, jak wielką łaskę dostałam od Boga.

Przede wszystkim dostałam łaskę życia! Jak już Wam tu kiedyś wspominałam, tak naprawdę mogłam się nie urodzić, gdyż nie chciałam wyjść na świat. Później mogłam nawet umrzeć, ponieważ podczas mojego urodzenia miałam zatrzymanie akcji bicia serca. To że w ogóle żyję, jest wielką łaską!
Miałam wiele sytuacji w życiu, kiedy moje życie było zagrożone, mogłam umrzeć lub zginąć. Miałam dwa wypadki samochodowe, kilka razy potrąciłby mnie samochód, a nawet i autobus! Raz przejechał po mnie rowerzysta, a innym razem wisiałam nad przepaścią w górach. Kiedy tak leżałam na skrawku nad przepaścią, wtedy jacyś ludzie mnie zauważyli i uratowali! Bóg zesłał mi ich na ratunek, mimo iż ja wtedy tak naprawdę chciałam umrzeć. To wtedy tak właściwie odkryłam, jak wielką wartość ma życie i to, że  życie jest łaską!
 
26 grudnia 1990 r. Bóg obdarzył mnie łaską chrztu świętego i stałam się Jego córką. Mimo iż nie mogę pamiętać tego momentu, to była dla mnie ogromna łaska. Otrzymać chrzest święty jako niesakramentalne dziecko, to jest niezwykła łaska! A co więcej- stać się Dzieckiem Bożym! To jest przeogromna łaska!
Jako jedna z mojej rodziny otrzymałam łaskę głębokiej wiary, prawdziwej relacji i głębokiej więzi z Jezusem, doświadczeniu Żywego Boga w życiu codziennym! Jedynie ja z rodziny chodzę do kościoła, modlę się i rozważam Pismo Święte, żyjąc Nim i wcielając Je w swoje życie. To stało się w grudniu  2010r., gdy mogłam uczestniczyć w Kursie Alfa oraz Kursie Nowe Życie, dzięki którym doświadczyłam nowego życia i odnowiłam moją więź z Jezusem. Ta więź stała się rzeczywista i głęboka. Od tamtego czasu rozwijam się i formuję, staję się autentycznym świadkiem Jezusa.
Ponad rok temu w połowie marca dostałam łaskę, by założyć tego bloga i na nim ewangelizować i pokazywać, że możliwe jest codzienne życie z Bogiem i że Bóg jest Żywy, żyje wśród nas! Od Boga otrzymałam dar przemawiania do ludzkich serc poprzez słowo pisane. Wiele osób mi dziękuję, że prowadzę tego bloga, a to co piszę, dotyka ich serc i ma moc. Ufam Bogu, że to co piszę tutaj na blogu, przyniesie obfite owoce w życiu nie tylko moim, ale również i w Waszym życiu, moi drodzy czytelnicy!

To dla mnie najważniejsze łaski, jakie otrzymałam od Boga i którymi chciałam się z Wami podzielić. Oczywiście jest jeszcze ich wiele więcej, ale nie sposób ich tu wszystkich wymienić.
Czy Wy, drodzy czytelnicy bloga zastanawialiście się kiedyś nad znaczeniem własnego imienia? Co ono oznacza i jakie ma ono znaczenie w waszym życiu? Czy dziękujecie Bogu za łaski, które od Niego otrzymaliście? Czy dostrzegacie je?

sobota, 15 marca 2014

Mój OIKOS

Drogie Owieczki Pana!
Dzisiaj moi drodzy czytelnicy chciałabym się podzielić z Wami moimi doświadczeniami z następnego dnia rekolekcji, czyli z 8 marca.

Sobota (8.03.2014r.)- Dzień Kobiet

Z racji Dnia Kobiet obudzili nas wszyscy mężczyźni śpiewając nam pieśń: "Oblubieniec czeka już..." :)
Dzień zaczęliśmy od półgodzinnej Adoracji Najświętszego Sakramentu. Uczyłam się trwać na modlitwie, być wytrwała mimo pewnych trudności.
Już na pierwszym temacie konferencji usłyszałam, że jeśli uważam, że nie nadaję się do bycia Prorokiem, to oznacza to, że jest to właściwy czas i właśnie jak najbardziej się do tego nadaję! Szok! Dowiedziałam się również, że ciemność może być symbolem początku. Ja właśnie byłam w takiej ciemności, lecz odkryłam, że to może być dla mnie początek czegoś nowego.
Później mieliśmy o symbolice ikony Jezusa z Przyjacielem- czyli ze św. Menesem. Okazało się, że imię Menes oznacza "trwanie, wytrwanie". Przyjaciel Jezusa to ten, który trwa przy Jezusie. Ja przy Nim trwam, trwając na Adoracji przed Najświętszym Sakramentem, czyli przed Jezusem. Jestem przyjacielem Jezusa, ale również i jestem Przyjacielem Oblubieńca, czyli ewangelizatorem. Dotknęło mnie, gdy usłyszałam, że Jezus posyła nas do ludzi, aby im mówić o cenie ich godności.
Drugi temat był dla mnie osobiście dość trudny, ponieważ dotyczył on OIKOS Proroka- czyli rodziny. Ciężko mi było pojąć to, gdy usłyszałam, że to właśnie rodzina przygotowuje nas do misji, że jest to najlepsze miejsce w jakim się znaleźliśmy, właśnie w tej dokładnie rodzinie, w której żyjemy. Przy tym temacie mieliśmy trudne zadanie, by wypisać swoją rodzinę, co im zawdzięczamy, ale również co mi ciąży, przeszkadza. Odkrywaliśmy również nasze inne OIKOSy, w których byliśmy i w którym obecnie się znajdujemy. Każdy z nich przygotowuje nas do konkretnej misji.
Przy następnym temacie mieliśmy trudną dla mnie dynamikę, gdzie musieliśmy pobrudzić się błotem, doświadczyć brudnego grzechu i przyznać się przed innymi, że jest się grzesznikiem i takim się pozostanie wśród innych. Trzeba było również później podejść do innych i poprosić, aby przyjęli mnie jako grzesznika. To było dla mnie trudne doświadczenie.
Później nie najlepiej się czułam fizycznie, kręciło mi się w głowie, miałam nudności i byłam ogólnie osłabiona. Po raz kolejny zaczęła się u mnie duchowa pustynia i miałam trudności w modlitwie uwielbienia. Nie byłam  w stanie uwielbiać Pana.
Podczas ostatniego tematu dowiedziałam się, że im bliżej człowiek jest Boga, tym bardziej doświadcza grzechu, poznaje swoją grzeszność. Tak rzeczywiście jest! Usłyszałam również, że im większa jest misja, tym większe oczyszczenie i doświadczenie grzechu. To Bóg mnie teraz nieźle oczyszcza... czeka mnie wielka misja... Bóg pokazał mi, że jeśli chcę być prorokiem, nie mogę żyć w ciemności, w jakiej aktualnie się znajduje, dlatego mnie wyprowadził na pustynię, by mnie oczyścić i przygotować do misji. Bardzo dotknęły mego serca słowa: "Powołałem Cię słusznie". Cały czas ciężko jest mi w to uwierzyć.

W tym czasie Bóg potwierdził mi, że to moje wielkopostne postanowienie trwania na Adoracji, nie jest przypadkiem, lecz w ten sposób chce mnie oczyszczać z grzechu, który mnie zniewala, z którym walczę od dłuższego czasu. Tego dnia poruszyło mnie również kazanie na Mszy Świętej, w którym ksiądz mówił o tym, że Jezus bierze nas na ramiona i przytula. Ja aż zaczęłam płakać...
Byłam też świadkiem ciekawej rozmowy dziewczynki z mamą.
Dziewczynka zapytała: "Mamo, dlaczego oni mówią w obcych językach?", a jej mama odpowiedziała, że to Duch Święty. Po chwili ciszy ludzie znów modlili się językami, a dziewczynka: "ooo dlaczego znów mówią w obcych językach?" Dzieci i ich prostota :)

W ciągu dnia nie zabrakło również wolnego czasu na ciastko i herbatę, wspólne rozmowy.
Mnie dwóch chłopczyków ciągle zaczepiało podczas wspólnych posiłków, bym bawiła się z nimi w berka.
Jeden z nich był taki słodziak, że aż zrobiłam sobie z nim zdjęcie :)
Dali mi dużo radości, ożywili mnie i nauczyli takiej prostoty, ufności Bogu.

Wieczorem mieliśmy 3 godziny zabaw, podczas których bawili się i dzieci i dorośli. Były zabawy zespołowe z balonem, jak i przeciąganie. Bawiliśmy się również w tunel, ale również i w pokazywanie, co było bardzo śmieszne. Zabawy te zbliżyły nas do siebie i pozwoliły nawiązać bliższą relację. A na koniec wszystkie kobiety dostały piękne tulipany!
Jedność wspólnoty, nawiązywanie relacji, wspólna zabawa, wsparcie w trudnych chwilach- tak, to jest mój OIKOS!
Czy Wy znacie swój OIKOS? Co jest Waszym drugim OIKOSem? Czy macie świadomość, że żyjecie w rodzinie, która jest najlepsza dla Was i najlepiej Was przygotuje do Waszej misji? Za co dziękujecie Bogu, co dostaliście od swojej rodzinie, a co na Was ciąży? Spróbujcie odpowiedzieć sobie na te pytania, a odkryjecie bardzo wiele.