piątek, 9 lutego 2018

"Nieustraszona. Pokonaj własne demony i kochaj całym sercem" Sonji Corbitt - recenzja

Kochane Owieczki!
To kolejna recenzja książki dedykowanej kobietom. Ostatnio dostawałam same takie :) Oczywiście znajdą się tu jeszcze recenzje książek nie tylko dla kobiet :)

Autor: Sonja Corbitt
Wydawca: Wydawnictwo eSPe
Ilość stron: 272
       Książkę Sonji Corbitt dostałam w czasie, gdy sama przechodziłam dość ciężką walkę duchową. Nie widziałam wtedy żadnego rozwiązania, nie miałam pomocy. Nikt nie chciał mi pomóc, a jedynym rozwiązaniem, jakie miałam i gdzie mogłam otrzymać odpowiednią pomoc, zostało mi to zabronione. Bóg przysłał mi pomoc poprzez książkę, jak również opaskę na rękę, która miała mi przypominać o tym, że w Jezusie jestem „nieustraszona”.
     „Nieustraszona” nie należy do łatwych książek. Jest napisana w ciężkim języku, choć opisuje łatwe rzeczy do zrozumienia. Już na początku znajdywałam odpowiedzi na moje pytania, co z czego u mnie wynika. Dużą pomocą w każdym rozdziale było podsumowanie na końcu, przydatne fragmenty z Pisma Świętego, które były wypisane. Pomocne były również pytania, które skłaniały do dłuższej refleksji. Stopniowo z każdym rozdziałem spisywałam sobie na oddzielną kartkę fragmenty z Biblii, które mi pomogą w walce duchowej.
     Autorka pisała w książce, że Bóg może robić nam tzw. sprawdziany z danego tematu, co było przedstawione. Tak się zdarzyło u mnie. Pan Bóg zrobił mi kilka takich dość mocnych sprawdzianów, przez które nie mogłam czytać książki przez kilka tygodni. Przeczytanie książki zajęło mi w sumie 4 miesiące z kilku tygodniowymi przerwami z powodu tak mocnej walki duchowej, której doświadczałam w tym czasie.
       Ciekawostką i zaskoczeniem dla mnie był rozdział, w którym była poruszana historia Izraelitów. Dowiedziałam się, że manna, która spadała z nieba miała smak taki, na jaki ktoś miał ochotę. Na marudzenie dzieci z powodu podawanego obiadu, autorka książki znalazła sposób. Kupiła makaron, który był ulubionym daniem jej syna. Na śniadanie, obiad i kolację miał do zjedzenia makaron. Następnego dnia nie chciał już go jeść. Sonja opowiedziała synowi historię o Izraelitach, o mannie i przepiórkach i uświadomiła go, że okazuje jej niewdzięczność, gdy narzeka na to, co podaje na obiad. Zapytała go, czy chciałby jeść makaron dopóki mu by nie wyszedł nosem. Od tamtej pory już nigdy nie słyszała, by chłopiec grymasił przy obiedzie.
       Chociaż to poradnik dla kobiet, to walki duchowej doświadcza każdy chrześcijanin. To temat uniwersalny i w tej książce są poruszone kwestie uniwersalne. Bardzo ciekawym doświadczeniem było wyobrażenie sobie, jak wkładam całą zbroję do walki na siebie, taką jaką mieli żołnierze i jak to opisała autorka. W Liście do Efezjan w rozdziale 16 jest opisane, czym jest ta zbroja i jak ona wygląda. 
Na końcu książki zaskoczyło mnie znaczenie historii proroka Eliasza i jego depresji. Okazuje się, że depresja jest konieczna do duchowego wzrostu, ponieważ jest to naturalny proces wyzbywania się czegoś, co jest nam już niepotrzebne. Bóg wykorzystał depresję Eliasza. Na początku był przy nim, pozwalał mu odpoczywać i spać. Eliasz mógł odzyskać siły, by później móc wyruszyć w długą wędrówkę. To jest dla mnie niezwykła historia. Nigdy na nią tak nie patrzyłam z tej strony. Dowiedziałam się również, że regularna modlitwa powoduje niższą częstotliwość lęków i depresji. Modlitwa i medytacja obniżają ryzyko chorób psychicznych i chorób serca, jak również poprawiają nasz system odpornościowy!
Chcesz być Nieustraszona? Pokonaj własne demony i kochaj całym sercem! Ta książka wiele Ci wyjaśni, co z czego wynika. Pomoże Ci zrozumieć taktyki nieprzyjaciela i pokaże odpowiednie narzędzia, które będą pomocą w walce. 
Wpis powstał za współpracą z Wydawnictwem eSPe.

czwartek, 1 lutego 2018

Czy Bóg może "mówić" przez sny?

Droga Owczarnio!
Chciałabym dziś poruszyć pewien temat, kolejny sposób, w jaki Bóg może do nas przemawiać. W ostatnim wpisie napisałam, że Bóg przemówił do mnie poprzez pewną sytuację. Bóg może mówić do człowieka w różny sposób, nie tylko przez Pismo Święte, czy Mszę Świętą i zawarte w niej Słowo.
Czy Bóg może "mówić" przez sny?
Odpowiedź na to pytanie może dać nam fragment z Pisma Świętego z Księgi Hioba: 
"Bóg raz się odzywa i drugi, tylko się na to nie zważa. We śnie i w nocnym widzeniu, gdy spada sen na człowieka; i w czasie drzemki na łóżku otwiera On ludziom oczy, przerażenie budzi w ich sercu" (Hi 33, 14-16).
Ten fragment daje jednoznaczną odpowiedź: Bóg przemawia przez sen do człowieka. W Piśmie Świętym jest wiele takich przykładów, kiedy Bóg posługiwał się snem, by objawić zamiary względem danej osoby lub narodu. Zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie były osoby, które miały sny. Były to sny prorocze, które pokazywały im, co mają zrobić lub co się wydarzy w danej sytuacji. Tak, jak i przed wiekami Bóg przemawiał do ludzi przez sen, tak i teraz to czyni. W Księdze Joela Starego Testamentu czytamy:
"I wyleję potem Ducha mego na wszelkie ciało, a synowie wasi i córki wasze prorokować będą, starcy wasi będą śnili, a młodzieńcy wasi będą mieli widzenia" (Jl 3, 1).
Te same słowa znajdują się w Dziejach Apostolskich w Nowym Testamencie:
"W ostatnich dniach - mówi Bóg - wyleję Ducha mojego na wszelkie ciało, i będą prorokowali synowie wasi i córki wasze, młodzieńcy wasi widzenia mieć będą, a starcy - sny" (Dz 2, 17).

Skąd pochodzą sny?
Są trzy źródła snów: Bóg, diabeł oraz nasza własna dusza. Bóg może przemawiać przez sen, by pokazać człowiekowi, jaką drogą ma iść, ale też by go przed czymś ostrzec, uchronić lub zachęcić do czegoś. Są też sny od diabła, które mogą zastraszyć, zniechęcić, a nawet dręczyć. Do takich snów należą koszmary senne. Natomiast sny, które pochodzą z naszej duszy, czyli np. z naszych emocji, są snami, które są wynikiem czynności, które wykonujemy w ciągu dnia. 

To, że mamy sny i że Bóg do nas przemawia, nie muszą oznaczać tego, że są to sny prorocze. Sny, które pamiętamy mogą być snami proroczymi. Często jednak Bóg chce nam po prostu coś przekazać. 
Mój sen: Zaproszenie na rekolekcje do Betanii.
Chciałabym się z Wami podzielić jednym takim snem, który miałam w grudniu minionego roku. Na początku grudnia zeszłego roku miałam sen, w którym śnił mi się znajomy ksiądz, że dzwonił do mnie, choć w rzeczywistości nie ma do mnie numeru telefonu. Mówił, bym przyjechała do niego i będzie tam 10 dni od poniedziałku do czwartku, a ośrodek, w którym jest nazywa się Betania.

Zastanawiałam się, co ten sen dla mnie może oznaczać. Zapytałam tego znajomego księdza, czy będzie prowadził jakieś rekolekcje lub czy gdzieś wyjeżdża. Potwierdził mi, że będzie prowadził jednodniowe rekolekcje w przyszłym roku, czyli w tym obecnym. Te rekolekcje miały być w styczniu, ale termin się zmienił na kwiecień. To ten sen był proroczy odnośnie księdza.

Interpretacja snu:
Wysłałam ten sen do interpretacji na stronę, na której zajmują się interpretacją snów. Na interpretację czekałam kilka tygodni. Napisali mi w tej interpretacji, że miałam bardzo niezwykły sen. Zaproszenie do Betanii jest cudownym zaproszeniem do bliższej relacji z Bogiem, do doświadczenia Jego miłości. Nazwa "Betania" oznacza "Dom Przyjaciół". W Betanii mieszkał Łazarz, Maria i Marta - rodzeństwo, które często odwiedzał  i przebywał w ich domu Jezus. Napisali też, że mają wrażenie, że teraz jest szczególny czas, w którym Pan Bóg chce przebywać ze mną w szczególny sposób, by dzielić się ze mną Swoim sercem i rozpalać Jego miłość we mnie i że są też pewne tematy, które chce ze mną przerobić. Liczba 10 oznacza między innymi podróż. Na koniec zachęcali, bym poświęciła dosłownie 10 dni, by pogłębić moją relację z Bogiem i że On chce mnie zabrać w niezwykłą podróż miłości i bliskości z Nim.

Jak to się wypełniło w moim życiu?
Ja jakoś nie znajdywałam czasu, by bardziej się zbliżyć do Boga, by być z Nim sam na sam. W domu też nie mam do tego zbytnio warunków. Poza tym od dłuższego czasu czułam się jakbym się znalazła w duchowym grobie, w ciemności, izolacji i samotności. Jakoś też sama uciekałam od tego czasu, by być sam na sam z Bogiem. Jednak Bóg znalazł inny sposób, by do tego doszło. 8 stycznia br. zachorowałam tak, iż przez równe 2 tygodnie praktycznie nie wychodziłam nigdzie z domu poza wyjściem na wizyty do lekarzy, które miałam już umówione kilka miesięcy wcześniej. Przez pierwszy tydzień choroby miałam cały czas gorączkę. Kiedy wzięłam polopirynę i inny lek przeciwgorączkowy, temperatura zamiast spaść, to jeszcze wzrosła. Nie miałam wtedy siły do niczego, nawet do modlitwy. Jednego dnia, kiedy już miałam dość tej gorączki, tego stanu, w jakim się znalazłam, pomyślałam, że zrobię sobie okład z wodą egzorcyzmowaną i się pomodlę o uzdrowienie, to może pomoże. W sumie i tak leżałam, więc nie zaszkodziło spróbować. Wzięłam chusteczkę, bo okładu jako takiego nie miałam i wylałam na nią trochę wody egzorcyzmowanej. Położyłam się do łóżka i położyłam namoczoną chusteczkę na czoło. Modliłam się w Duchu, by w Imię Jezusa odeszła ta gorączka. Po jakimś czasie sprawdziłam temperaturę i nieco się zmniejszyła, ale nadal była za wysoka. To znów zaczęłam się modlić. Następnego dnia nad ranem obudziłam się już bez gorączki i tamten dzień był ostatnim dniem, kiedy miałam gorączkę! Jednak i tak jeszcze przez tydzień nie mogłam zbytnio wychodzić z domu. W dodatku jeszcze miałam takie duszności, nie mogłam złapać oddechu, przez co 3 noce nie mogłam w ogóle spać, bo pilnowałam, by jakoś przetrwać i się nie udusić. Jednej nocy uświadomiłam sobie, że Jezus umarł na krzyżu z powodu uduszenia. Kiedy wisiał na krzyżu, głowę miał w dół, nie mógł oddychać, aż w końcu się udusił. Nigdy tak na to wcześniej nie patrzyłam. 
W przychodni kazali czekać tydzień na wizytę do lekarza rodzinnego. Inni lekarze nie chcieli przyjmować, a moja lekarz rodzinna była na zwolnieniu. Jakoś udało mi się dostać do mojej lekarz rodzinnej, bo wróciła ze zwolnienia. Okazało się, że miałam zapalenie tchawicy i krtani oraz uszu. To właśnie zapalenie tchawicy powoduje, że człowiek ma duszności i ma wrażenie, że się udusi. To zagraża życiu człowieka.
Przez to doświadczenie Jezus dzielił się ze mną Swoim Sercem. Dzielił się ze mną tym, czego doświadczał na krzyżu. Dzielił się ze mną tym, że i Jego nie chcieli nigdzie przyjąć. Też czuł się osamotniony, niezrozumiany przez innych. Jezus dzielił się ze mną Swoim cierpieniem i dał mi tego doświadczyć. Również i psychicznie i duchowo bardzo źle to na mnie wpływało. Byłam w izolacji, samotności, ciemności duszy. Ja się na to buntowałam i to właśnie to Jezus chciał ze mną przerobić, bym zmieniła swoje zachowanie i myślenie. Nad tym jeszcze muszę dalej pracować. W rzeczywistości moje bycie sam na sam z Bogiem trwało 12 dni. Dopiero 13 dnia wyszłam z domu i mogłam przebywać z innymi. Bóg sobie sam wybrał czas i miejsce, kiedy chciał ze mną pobyć Sam na sam. Bóg ma poczucie humoru!
Mam nadzieję, że ten wpis pokazał nieco podejście do snów, a właściwie, czy Bóg może przez nie coś pokazać. Wiadomo, że wiara w sny i czytanie senników to nie jest dobre i tego trzeba się wystrzegać. Czytanie senników nie jest zgodne z wiarą. Sny od Boga mogą nam wyjaśniać osoby, co się zajmują takimi interpretacjami, a czasami sam Bóg daje nam wyjaśnienie danego snu. Ja osobiście chciałabym się nauczyć interpretować sny i co Bóg chce mi przez nie przekazać. Mam nadzieję, że mi się to kiedyś uda :) 

środa, 24 stycznia 2018

Rywalizacja czy podążanie we wspólnym kierunku?

Kochane Owieczki!
Znów miałam zastój twórczy w pisaniu tutaj na bloga. Zbyt dużo się ostatnio dzieje w moim życiu i życiu moich bliskich. Nowe ciężkie choroby, trudne doświadczenia. A tymczasem 2017 rok się skończył już prawie miesiąc temu... Miałam tu pisać 2 razy w miesiącu i nie zawsze to mi się udawało przez miniony rok. Choć i tak w minionym roku napisałam więcej wpisów niż w roku 2016 i 2014!
Chciałabym w tym roku napisać tu więcej wpisów niż w pierwszym roku istnienia tego bloga, ale nie wiem, czy mi się to uda. Dopiero teraz dodaję mój pierwszy wpis w tym roku. Choć ten wpis miałam dodać jeszcze w grudniu minionego roku... 

Jakiś czas temu, kiedy czekałam na autobus, a miałam kilka minut do jego przyjazdu, obserwowałam sytuację na przystanku. Moim obiektem obserwacji były gołębie. Miałam dwie takie sytuacje, które różniły się bardzo od siebie. Wywarły na mnie wrażenie i skłoniły do pewnej refleksji, którą chciałabym się z Wami podzielić.
Pierwsza sytuacja: Rywalizacja i walka o jedzenie.
Kobieta z boku przystanku jadła bułkę i rzucała ją również gołębiom, które wokół niej się zgromadziły. Gołębię walczyły o to, by móc coś zjeść. Jedne wyrywały sobie okruchy od drugich. Te, które były silniejsze, miały co jeść. Słabsze odeszły z niczym. Poprzez tę sytuację Bóg mi pokazał wspólnotę ludzi z którymi tworzymy jakieś więzi, czy to w rodzinie, czy w Kościele, czy też w innych miejscach. Nieraz tak właśnie jest, że walczymy ze sobą o coś: o czyjeś uznanie, o posługi, bycie potrzebnym, o charyzmaty, choć przecież są łaską. Walczymy nawet o miłość. Rywalizujemy ze sobą o to, kto ma więcej talentów, darów, czy też charyzmatów, kto do czego się nadaje. Ci, którzy czują się pewni siebie, mają więcej siły, czy też są bardziej cenieni przez innych, oni nie muszą się obawiać o przetrwanie. A co ze słabszymi? Przeważnie zostają oni w tym miejscu, gdzie są i akceptują daną sytuację, często na tym tracąc lub odchodzą w inne miejsce, w którym będą mieli szansę na przetrwanie i gdzie nikt nie będzie ze sobą rywalizował, zwłaszcza o czyjeś spojrzenie, akceptację, miłość.

Druga sytuacja: Podążanie we wspólnym kierunku.
Druga sytuacja również miała miejsce na przystanku, lecz była zupełnie inna od pierwszej. Spora grupa gołębi była przy przystanku, później odleciały, ale wróciły po inne gołębie, które tam zostały i później wspólnie leciały w jednym kierunku. Tu nie było rywalizacji. Była pomoc słabszym gołębiom i lot w tym samym kierunku. I to jest piękne, że ptaki łączą się w stado i podążają we wspólnym kierunku, pilnując, czy wszystkie lecą. Jeśli ktoś zostaje w tyle, lecą po niego.
Czy to nie jest piękne? Powinniśmy uczyć się tego w naszych rodzinach, wspólnotach, środowiskach, w których żyjemy. Powinniśmy podążać razem w jednym kierunku i pomagać tym, którzy są słabsi od nas. Niestety nie zawsze tak jest. Trzeba nieraz miesiącami prosić się, by ktoś znalazł czas na spotkanie, rozmowę, pomoc, czy modlitwę. A tymczasem ktoś naprawdę może zmagać się z walką o życie...

Drogi Czytelniku, chcę byś zastanowił się nad tym, co jest dla Ciebie ważniejsze, czy rywalizacja, czy jednak dobro innych i podążanie wspólnie we własnym kierunku? Zależy Ci bardziej na opinii innych, byciem "kimś", kto jest doceniony przez innych i zapraszany do różnych ważnych zadań, wydarzeń? Czy może jednak wolisz nie wyróżniać się z tłumu i razem z innymi wspierać się i dążyć do jednego celu?
Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Pierwsza sprawi, że możesz stać się egoistą i choć będziesz z ludźmi, to tak naprawdę zostaniesz sam. Natomiast jeśli podejmiesz decyzję, by iść z innymi we wspólnym kierunku, zyskasz przyjaciół, będziesz bardziej szczęśliwy, zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże Ci zrozumieć trudną sytuację, wesprze Cię, albo chociaż pobędzie z Tobą, nawet wspólnie milcząc. Zastanów się, na czym Ci tak naprawdę zależy. Mam nadzieję, że podejmiesz właściwą decyzję.

Na koniec jeszcze mocna refleksja. Rymcerze zamieścili na swoim profilu na Facebooku taki wpis:

"Pewnego dnia w małej miejscowości w Polsce prowadziliśmy nasz projekt Nie Zmarnuj Swojego Życia. Zorganizowały go Siostry Zakonne. Po działaniach w kilku szkołach, niedaleko noclegu podeszła do nas dziewczyna. Opowiedziała nam historię, która nas powaliła. 
Była z dobrego domu, gdzie patologia to tylko słowo w słowniku na szafce w dużym pokoju. Rodzice w porządku. Dobry dom. Ona i Jej...kilka lat młodsza siostra. Zawsze starała się o względy rodziców. Starała się by byli z Niej zawsze dumni. Z czasem jednak zaczęły się porównania. Dlaczego Twoja siostra przynosi same 5, 6 ze szkoły, a Ty 4-, 4+ ? Z dnia na dzień porównania tak się nasiliły, że dziewczyna nie dawała rady. Ciągle była oceniana. Z czasem coraz bardziej krytykowana. Płacz w pokoju nie pomagał. Ciągła faworyzacja młodszej. W pewnym momencie dziewczyna wpadła w złe towarzystwo. Narkotyki, alkohol, papierosy, imprezy...
Na pozór ułożona rodzina. Wszystko ok...a faworyzacja młodszej siostry prawie Ją zabiła.
Miała 3 próby samobójcze. Rodzice po latach się ocknęli. Pomogły Siostry Zakonne. Dziewczyna zaczęła wierzyć w siebie. Nauczyła się nie porównywać. Oceny poszły w górę.
Postanowiliśmy, że zrobimy o tym utwór. Powstał numer ''Lepsza niż Ja''. To temat Tabu, ale wielu z Was może to przeżywać w swoich domach. Puśćcie to swoim Rodzicom. Uczmy się na błędach innych. Nie oceniamy i nie rańmy się wzajemnie".

Bęsiu/Rymcerze


Do odsłuchania poniżej rap na ten temat: