poniedziałek, 5 grudnia 2016

"Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twego serca"

Kochane, drogie owieczki!

Znów dawno tu nic nie pisałam, ale postanowiłam w końcu jakoś się ogarnąć i zmotywować, by tu coś napisać. Szczególnie zmotywowało mnie to, że zobaczyłam, że w tym roku napisałam tu tylko 4 posty! W porównaniu do poprzednich lat, to bardzo, bardzo mało. Aczkolwiek więcej niż w 2015 roku, bo wtedy nic nie napisałam! Chociaż od września mam bardzo dużo czasu wolnego, ponieważ znów nie pracuję, to jednak jakoś ciężko mi tu coś pisać. 

W poprzednim wpisie wspomniałam Wam o tym, że chciałabym wydać swoją książkę i umieściłam fragment tej książki. Pisałam, że potrzebuję 3000 zł jako wkładu autorskiego. Wydawnictwo w końcu zeszło na niższą kwotę, W dodatku Bóg się tak zatroszczył, że zesłał mi dofinansowanie, które dostałam dzięki znajomemu z Warszawy. Tak się stało, że we wrześniu podpisałam umowę wydawniczą! Od tamtego czasu musiałam nanosić wiele poprawek tekstu, aż w końcu trafiło do wydawnictwa. Od ponad miesiąca wydawnictwo robi korektę i wszystkie inne potrzebne prace nad tekstem. W tym tygodniu mam dostać moją książkę od wydawnictwa i nanieść korektę autorską. Możliwe, że za jakieś 2-3 tygodnie moja książka zostanie wydana! W umowie z wydawnictwem mam, że książka musi zostać wydana najpóźniej do 31 grudnia. Fragment książki, który umieściłam w lipcu, będzie nieco zmieniony w książce z pewnych względów. Tu na blogu piszę pod pseudonimem, dlatego te osoby, które chciałyby kupić moją książkę, proszę Was o wysłanie do mnie wiadomości na profilu fb mojego bloga. Wtedy podam wszelkie potrzebne informacje. 
Wiem, że ta książka to Boże dzieło, więc Bóg spełnia moje marzenia! Kto by pomyślał, że kiedykolwiek wydam książkę! Wydawca powiedział, że rzadko kiedy wydawnictwa wydają debiutantów.

"Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twego serca" (Ps 37, 4).

sobota, 9 lipca 2016

Więzienie nieprzebaczenia

Kochana Owczarnio!

Znów jakoś dawno nie pisałam, choć chciałam wrócić tutaj do systematycznego pisania. W poprzednim wpisie pisałam Wam o tym, że planuję wydać książkę. Jedno Wydawnictwo mi odpisało, że mogliby wydać moją książkę, ale z powodu tego, że jestem debiutantką, to muszę mieć wkład w wydanie, czyli 3000 zł. To moje marzenie, by wydać książkę, ale nie stać mnie. Obecnie jeszcze dowiedziałam się, że mam 3 guzy w mózgu, więc czeka mnie kosztowne leczenie. Na mojego guza leki nie są refundowane. Prawdopodobnie będę miała radioterapię. Może ktoś z Was miałby pomysł, jak znaleźć sponsorów na wydanie książki lub może macie jakiś znajomych w wydawnictwach, gdzie by mogli mi wydać książkę? 
Na zachętę umieszczam Wam fragment z 1 rozdziału mojej książki.

"Więzienie nieprzebaczenia"

            Drogi czytelniku, wyobraź sobie, że trafiłeś do więzienia. W dodatku w celi jesteś zupełnie sam. Nie masz żadnego współwięźnia. Jesteś ty i twoja cela. Powody trafienia za kratki mogą być różne – kradzież, oszustwa, przekręty finansowe, niespłacone długi, zabójstwo. To jednak w rzeczywistości nie muszą być prawdziwe przyczyny, dlaczego tam się znalazłeś.
Tak naprawdę każdy z nas może być w więzieniu, nie będąc w nim fizycznie. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że sami zamykamy się w lochu, którym jest brak przebaczenia. Prymas Stefan Wyszyński powiedział kiedyś: „Przebaczenie jest przywróceniem sobie wolności, jest kluczem w naszym ręku od własnej celi więziennej”. Jeśli wybaczysz, przywrócisz sobie wolność. Przebaczenie to klucz i tylko ty go posiadasz. Wszystko zależy od ciebie, czy z niego skorzystasz.
W tym rozdziale pragnę wprowadzić Cię, mój czytelniku, do mojej celi więziennej, w której byłam praktycznie całe życie. Chcę ci pokazać, jak ona wyglądała od wewnątrz, by później odkryć przed tobą możliwości skorzystania z klucza, jakim jest przebaczenie. Sam zobaczysz, jakie są tego owoce, by móc żyć w pełni i obfitości, doświadczając prawdziwych cudów w swoim życiu.

Historia więźniarki
Urodziłam się w pozornie katolickiej rodzinie. W latach szkolnych podstawówki zawsze starałam się być na niedzielnej Mszy Świętej. Czynnie też uczestniczyłam na lekcjach religii. Znalazłam się w tym czasie w pierwszej celi, jaką było osamotnienie. Zawsze siedziałam sama w ławce, a inni przesiadali się do mnie tylko wtedy, gdy nauczyciele im kazali lub gdy jedna z dziewczyn pokłóciła się z drugą. Byłam takim piątym kołem u wozu, zawsze na doczepkę. Nigdy nie używałam wulgarnych słów, przez co moi rówieśnicy mnie nie rozumieli, nie akceptowali, wyśmiewali się ze mnie. Przez brak akceptacji, czułam się samotna. Już wtedy pojawiło się w moim sercu ziarno nienawiści.
Kiedy byłam w gimnazjum, wstąpiłam do Ruchu Światło – Życie, czyli oazy. Moje życie znacznie się zmieniło. Stałam się bardziej otwarta na ludzi, częściej uczestniczyłam we Mszy Świętej. Jednak ta moja „przynależność” do oazy po jakimś czasie stała się zwykłą pobożnością, spełnianiem praktyk religijnych, byciem bardziej ze względu na ludzi niż dla Boga. Z jednej strony byłam blisko Boga, a z drugiej strony miałam w sercu nienawiść. Pewnego dnia pokłóciłam się z moją dobrą przyjaciółką z klasy. Nie rozmawiałyśmy ze sobą przez ponad pół roku. Mijałyśmy się codziennie w drodze do szkoły i z powrotem, ale nie byłam w stanie jej wybaczyć. Okres dojrzewania przyniósł kolejną falę nienawiści, która wepchnęła mnie do kolejnej celi. Wszystko zaczęło się od tego, że pewna dziewczyna z mojej klasy powiedziała do mnie: „Po co Ty jesteś w tej klasie? Nie powinno Cię tu być. Chodź, zabijemy Cię. Po co Ty tu jeszcze jesteś?” Te słowa były dla mnie jak nóż wbity w serce. Bardzo mnie to zabolało, przez co miałam myśli samobójcze i nie widziałam sensu mojego życia. Nie miałam w nikim wsparcia. Nienawidziłam tak bardzo tej dziewczyny, że nie mogłam już nawet na nią patrzeć, a gdy ją gdzieś widziałam, omijałam ją z daleka i szłam na drugą stronę po to tylko, by jej nie spotkać. Po jakimś czasie zapomniałam o tej sytuacji, ale moje serce wciąż było zranione. Po kilku latach, gdy spotkałam tę dziewczynę, pojawiło się we mnie to samo uczucie nienawiści, jak sprzed kilku lat i chęć odwetu. Wyparłam ze świadomości moje zranienie (na kilka lat), przez co nie byłam świadoma, że w moim sercu nadal nie potrafię wybaczyć tej dziewczynie.
W tym czasie moje życie było beznadziejne, nie widziałam w nim sensu, nie kochałam siebie ani nie potrafiłam kochać innych. Miałam w sobie wiele nienawiści, do siebie, do ludzi, miałam żal do Boga, że tyle cierpię i że nie mogę być szczęśliwa. W moim życiu cały czas obecny był smutek, wielka samotność, rozpacz. Ciągle doświadczałam odrzucenia, czułam się niekochana i nieakceptowana. Byłam nieśmiała, małomówna, zamknięta w sobie. Miałam w sobie dużo lęku i strachu. Ciągle się czymś zamartwiałam. W domu nie doświadczałam miłości, były tylko złorzeczenia, przekleństwa kierowane w moją stronę, co sprawiało, że chciałam cały czas uciekać.
 Nie miałam dobrych relacji z rodzicami, ani z rodzeństwem. Moi rodzicie często się kłócili. Ta sytuacja jeszcze bardziej mnie dobijała i zamykałam się przed ludźmi. Bałam się wychodzić na środek sali i publicznie przemawiać, to było dla mnie nie do przebicia. Nie akceptowałam siebie, swojego wyglądu, przez negatywne słowa, które ciągle o sobie słyszałam od mojej mamy. Byłam w rozpaczy, depresji, wszystko nie miało dla mnie sensu, a świat miał dla mnie jedną barwę - czarną. To niestety odbiło się na moim zdrowiu. Prawie codziennie miałam silne migreny, problemy z sercem, problemy żołądkowe i jakby jeszcze tego było mało dostawałam nerwicy. Brak przebaczenia powodowało u mnie bezsenność, a jak już spałam, to zazwyczaj miałam koszmary senne związane z osobami, które mnie skrzywdziły, którym nie potrafiłam i nie chciałam wybaczyć.

Historia ta pokazuje, jak wiele zła dzieje się w życiu przez brak przebaczenia. Nieprzebaczenie zamyka człowieka nie tylko na siebie samego, ale również i na inne relacje. Odgradza nas od relacji z Bogiem i z ludźmi. Zamykamy się na innych, niszcząc więzi międzyludzkie. Gardzimy ludźmi, co może prowadzić nawet do nienawiści. Pogarda innym, gorycz, czyli inaczej brak przebaczenia jest przeciwnością miłości. Nie potrafimy kochać innych, ponieważ odrzucamy ich od siebie, widzimy w nich krzywdzicieli, osądzamy i oceniamy, jesteśmy podejrzliwi, a tym samym pojawiają się uprzedzenia. Gdy osądzamy innych, nie mamy czasu, aby ich kochać. Jeśli nie wybaczamy, choruje również nasze ciało – pojawiają się choroby. Tracimy równowagę wewnętrzną – pojawia się nerwica. W ostateczności nasz duch jest otwarty na fałszywe inspiracje, nie mamy w sobie miłości.
Choroby, dolegliwości, różne skutki psychosomatyczne (jest to wpływ psychiki na ciało człowieka, z której mogą wynikać różne choroby), brak radości z życia, nie pojawiają się tak same z siebie, lecz mają w tym swoją przyczynę. Do takich stanów emocjonalnych, psychicznych i duchowych przysługują się tzw. „kaci”, którzy dręczą myśli, zadają ból.

niedziela, 29 maja 2016

Bądź natrętny!

Witaj moja owczarnio!

Znów jakoś dawno nic tutaj nic nie pisałam. Było wiele różnych wydarzeń w moim życiu w tym czasie, wiele trudnych doświadczeń. Ciężko jest mi tu pisać systematycznie tak, jak kiedyś to robiłam. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje.
Odkryłam również, że Bóg mnie powołuje do większego pisania i napisałam książkę na temat przebaczenia. Aktualnie czekam na odpowiedzi różnych wydawnictw. Zaczęłam pisać również drugą książkę, choć z tą mi idzie ciężej. Proszę Was o modlitwę w tej intencji, jeśli jest taka wola Boża, by ta książka o przebaczeniu została wydana.

W tym wpisie chciałabym Wam uświadomić, że warto być natrętnym. Warto upominać się Bogu i ciągle Go prosić o coś. Choć zazwyczaj nikt nie przepada za takimi ludźmi, szczególnie dziewczyny nie lubią nachalnych chłopaków.

W Ewangelii według św. Łukasza jest taka przypowieść:

"Dalej mówił do nich: "Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: "Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać". Lecz tamten odpowie z wewnątrz: "Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie". Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje" (Łk 11, 5-8).

Jezus uczył swoich uczniów, by byli natrętni w proszeniu. Opowiedział im przypowieść o natrętnym przyjacielu, od którego chciał pożyczyć chleby i to w dodatku w nocy o północy! Kto "normalny" przychodzi do sąsiadów o tej porze? No nikt! Lecz jeśli byłby to przyjaciel, to przyjmie go o każdej porze i mu pomoże w tym, o co by go prosił. Choć w przytoczonej przypowieści, tamten ów przyjaciel, początkowo niemile go traktuje, to w ostateczności z powodu jego natrętnego błagania, pożycza mu to, o co go prosi. Tak też jest w relacji między człowiekiem a Bogiem. Jeśli będziemy się "naprzykrzać", będziemy natrętni, wręcz nachalni Bogu, to On w końcu postanowi nas wysłuchać i da nam to, o co Go poprosimy. Oczywiście, jeśli będziemy wierzyć, że to otrzymamy.

Chciałabym się teraz z Wami podzielić owocem mojego natręctwa. W zeszłym roku miałam bardzo mocne migreny, brałam różne leki od neurologa, ale niewiele pomagały. Migreny te powodowały nawet niedowład połowy ciała, tzn. nie czułam jednej połowy ciała, nie mogłam ruszać ani ręką ani nogą. Przez te niedowłady, opuszczałam często zajęcia na studiach. W grudniu zeszłego roku (2015) neurolog stwierdziła u mnie migrenę porażenną. Dostałam na to mocne leki, które miałam brać tylko w momencie ataków. Następną wizytę u neurologa miałam mieć dopiero w połowie lutego. Stwierdziłam, że szybciej mnie Jezus uzdrowi, niż dostanę się na kolejną wizytę do neurologa. Byłam tak natrętna w swoim błaganiu o uzdrowieniu, że usłyszałam kilkakrotnie poznanie na Mszy z modlitwą o uzdrowienie, że Jezus uzdrawia z silnych bóli migrenowych. W styczniu zostałam uzdrowiona z migreny, a na kolejnej wizycie u neurologa nie musiałam prosić o leki na migrenę! W dodatku również Jezus uzdrowił moje drętwienie ciała! Od lutego już nie miałam niedowładu ciała!

Kolejna taka sytuacja była związana z bólem kręgosłupa. Miałam rotację kręgów, musiałam mieć nastawiane kręgi i masowany kręgosłup. Wykryto kifozę i oczywiście wadę skrzywienia kręgosłupa. Te masaże, czy też i nastawienie kręgów pomogło na jakiś czas. 15 maja br. w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego w moim mieście był Marsz dla Życia i Rodziny, a później koncert rapera Wiecznego i zespołu "ZaNim Uwielbienie" Witka Wilka. W tym czasie chodziłam z flagami, machałam nimi, wielbiłam Boga poprzez tą modlitwę uwielbienia flagami. Nagle dostałam tak strasznego bólu kręgosłupa, że aż musiałam odłożyć flagi, przestać flagować i po prostu odejść. Ledwo też szłam, myślałam, że zemdleję. Ten ból był nie do zniesienia. Ból ten utrzymywał się przez następne dni i tak trwało to przez 2 tygodnie. Prosiłam codziennie Jezusa o zabranie bólu, o uzdrowienie kręgosłupa, części lędźwiowej, bo ta mnie bolała. Zawsze rano budziłam się z bólem kręgosłupa, nie mogłam leżeć ani dłużej stać ani siedzieć w ławce w kościele. Minionego wtorku, tzn. 24 maja 2016 r. byłam na spotkaniu mojej wspólnoty, gdzie jest zawsze posługa charyzmatami. Było słowo poznania o uzdrowieniu kręgosłupa lędźwiowego i by oddać kontrolę Bogu nad własnym życiem. Wiem, że te słowa były do mnie i je przyjęłam. Ja cały czas chcę nadmiernie kontrolować swoje życie, zamiast oddać kontrolę Bogu. Jednak postanowiłam, że oddam tę kontrolę Bogu, chociaż nie wiem, jak to właściwie zrobić. Od środy - 25 maja 2016 r. nie boli mnie już kręgosłup! Nawet przy dużym wysiłku, ten kręgosłup mnie nie bolał! Chwała Panu za uzdrowienie!

Jak widać, moje świadectwa pokazują, że warto o coś natrętnie prosić i wierzyć w to, że się otrzyma. Otrzymałam dwa potężne uzdrowienia, na które żadne leki i masaże nie pomagały! Jezus jest w stanie uzdrowić ze wszystkich chorób! Wystarczy tylko natrętnie prosić i wierzyć, że tak się stanie.
Życzę Wam, byście nie bali się być natrętnymi! Proście Boga cały czas, a On z powodu waszego natręctwa to Wam da!