niedziela, 12 listopada 2017

"Radosnego dawcę miłuje Bóg", czyli o tym, że warto być hojnym w dawaniu.

Drogie Owieczki!
Już od bardzo dawna zmierzałam się z tym wpisem, by go napisać i podzielić się z Wami tym, jak ważne jest dawanie dziesięciny i w ogóle hojne dawanie, nie tylko rzeczy materialnych.
Nie każdy z tym się spotkał, więc wyjaśnię, czym tak właściwie jest dziesięcina.

W Starym Testamencie w Księdze Kapłańskiej jest napisane:
"Każda dziesięcina z ziemi, z zasiewu ziemi albo z owoców drzewa należy do Pana, jest rzeczą poświęconą dla Pana. Jeżeli kto chce wykupić część swej dziesięciny, to doda do niej jedną piątą. Każda dziesięcina z bydła większego lub mniejszego, które przechodzi pod laską pasterską, jest rzeczą poświęconą dla Pana" (Kpł 27, 30-32).

     Dziesięcina jest 1/10 ze zbioru, czyli jest to nasze 10% z naszych dochodów, które otrzymujemy z wykonywanej pracy. Dziesięcinę powinniśmy oddawać w naszych parafiach, wspólnotach, czyli miejscach, gdzie wzrastamy duchowo i się formujemy, rozwijamy. Dziesięcina przeznaczana jest na ewangelizację, formację, utrzymanie liderów duchowych oraz na ubogich. Dziesięcina nie jest tym samym, co ofiara np. na tacę, czy też na cele charytatywne. Ofiara jest czym innym niż dziesięcina.
To tak w wielkim skrócie. Chciałam krótko opisać, o co chodzi, by wszyscy mieli choć trochę pojęcia o tym, czym chcę się z Wami podzielić w moim świadectwie.
      W Piśmie Świętym w 2 Liście do Koryntian czytamy: "Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg" (2 Kor 9,7). 
    Taki właśnie tytuł nadałam temu postowi, że "radosnego dawcę miłuje Bóg". Chciałabym podzielić się z Wami moim świadectwem na ten temat. O dawaniu dziesięciny i że w ogóle warto hojnie dawać pieniądze i nie tylko, usłyszałam kiedyś będąc w Lublinie na spotkaniu Armii Dzieci. Dzielili się świadectwami i ciągle powtarzali te słowa "radosnego dawcę miłuje Bóg". Już wtedy chociaż nie pracowałam, byłam jeszcze na studiach, to tak naprawdę niewiele miałam, ale zaczęłam się dzielić z innymi tym, co mam. Zaczęłam doświadczać Bożej hojności. 
   Pewnego razu byłam cały dzień na uczelni, zapomniałam zrobić zakupów, coś kupić do jedzenia, ale nawet nie miałam przy sobie pieniędzy. Wieczorem jechałam na bierzmowanie uczestników Kursu Alfa, w którym pomagałam w ekipie. Później ks. proboszcz tamtej parafii zaprosił całą ekipę na plebanię na kolację. Kolacja była tak obfita, że nawet w te kilkanaście osób nie daliśmy rady zjeść wszystkiego! Bóg zaspokoił mój głód i to w obfitości! Już nie musiałam się martwić, że nie mam co jeść. 
     W Piśmie Świętym jest również napisane o tym, jak dawać dziesięcinę. W Księdze Mądrości Syracha jest napisane: "Przy każdym darze twarz twoją rozpogódź i z weselem poświęć dziesięcinę! Dawaj Najwyższemu tak, jak On ci daje, hojny dar według swej możności! Ponieważ Pan jest tym, kto odpłaca, i siedmiokroć razy więcej odda tobie" (Syr 35, 8-10). 
Kiedy studiowałam w Lublinie, należałam do wspólnoty ewangelizacyjnej. Tam akurat nie było dziesięciny, ale była ustalona składka - 5 zł dają studenci, 10 zł osoby pracujące. Jeśli miałam przy sobie pieniądze, to dawałam na składkę. Nie zawsze pamiętałam, by wziąć ze sobą pieniądze. Chociaż nie miałam pracy, więc nie miałam dochodów. Rodzice opłacali mi stancję, o resztę musiałam się troszczyć sama z tego, co miałam ze stypendium socjalnego, choć to nie było wiele. Jednak w tym czasie nigdy nie głodowałam, nie brakowało mi niczego. Bóg się o wszystko troszczył. Kiedy kończyłam studia, dostałam się na bardzo dobrze płatny staż w Warszawie. Bóg mi odpłacił i to bardzo hojnie! Tak hojnie, że w kilka dni po ukończeniu stażu mogłam wyjechać na 9 dni do Włoch. A nigdy w życiu by mnie nie było stać na taki wyjazd!
   Od października 2015 r. nie miałam pracy. W kwietniu 2016 r. zaczęłam pisać książkę o przebaczeniu, która została wydana w kwietniu tego roku. Lecz, by mogła zostać wydana, potrzebny jest wkład autorski. A wydanie takiej książki kosztuje od 3000 zł wzwyż. Nie wiedziałam, skąd wezmę tyle pieniędzy. Od początku mówiłam, że jest to Boże dzieło i że ze sprzedanych książek będę oddawać dziesięcinę na cele ewangelizacyjne. Pytałam różnych osób, skąd można i jak się starać o dofinansowanie, znaleźć jakiegoś sponsora. Bóg tak sprawił, że od czerwca 2016 r. dostałam staż. To jednak nie wystarczało na to, bym miała jak zapłacić za wydanie książki. Zaczęłam się modlić i mówić do Boga: "Halo, Boże, nie mam na wydanie Twojej książki". Bo to Bóg zachęcił mnie do pisania i chciał, bym wydała tę książkę. Po jakimś czasie od tej modlitwy dostałam e-maila od wydawcy, że oferuje mniejszą kwotę wkładu autorskiego. Ta kwota już była bardziej możliwa do zdobycia, niż poprzednia. Nadal jednak zastanawiałam się, skąd mogę mieć na książkę. Moi rodzice nic nie wiedzieli o tym, że wydaję książkę i nie chciałam im o tym mówić, ani tym bardziej prosić o pomoc, bo i tak niewiele mają, jak muszą spłacać długi. Ja tyle nie zarabiałam na stażu, by móc mieć na ten wkład autorski, a poza tym musiałam mieć na leki, które niestety są drogie i nierefundowane przez NFZ. Wciąż dalej się modliłam i mówiłam Bogu, że nie mam na wydanie Jego książki. Napisałam też wpis na Facebooku z zapytaniem o to, czy ktoś wie, skąd można dostać dofinansowanie. Napisałam projekt na stronę polakpotrafi.pl, jak mi doradzili. To jednak nie pomogło. Pomoc przyszła z innej strony i z której bym się nie spodziewała! Otrzymałam dokładnie taką kwotę, jaką potrzebowałam, by przesłać wydawnictwu na wydanie książki!
     Na początku września 2016 r. skończyłam staż i do tej pory nie mam pracy, czyli już ponad rok. Pewnego dnia dałam 10 zł na potrzeby na budowę kościoła. A wieczorem tego samego dnia dostałam od osoby ze wspólnoty 100 zł. Bóg mi zwrócił 10-krotnie za mój dar na Kościół! 
     Chociaż nie mam pracy od ponad roku, nie mam żadnych dochodów, to w kwietniu br. moja książka została wydana. Choć po ludzku mnie nie stać na wydanie książki. Kiedy otrzymałam egzemplarze autorskie, większość z nich dałam w prezencie bliskim osobom, więc za dużo nie zarobiłam, a kolejne egzemplarze musiałam sama wykupić, by móc je sprzedać. Na jednej książce zarabiam jedynie 6 zł. Z tych książek, które sprzedałam i coś zarobiłam, oddałam dziesięcinę, tak jak to obiecałam Panu Bogu. Dziesięcinę oddawałam z radością. Nie żałowałam, że daję dziesięcinę. Obiecałam Bogu, że ze sprzedanych książek, jak będę miała dochód, to będę dawać dziesięcinę. Ja obietnic dotrzymuję. Najciężej było mi w kwietniu. Pod koniec kwietnia szłam na wesele, książka miała wyjść wcześniej, więc myślałam, że do tego czasu już sobie zarobię. Jednak tak się nie stało. Chciałam bardzo pójść na to wesele, a z drugiej strony nie miałam pieniędzy. I tym razem Bóg się zatroszczył! Część dostałam od rodziców, a resztę miałam ze sprzedaży książek, bo udało się sprzedać w tym czasie bardzo dużo książek, które miałam. W wakacje za moją dziesięcinę, Bóg mi dał być na rekolekcjach wakacyjnych, a później pozwolił mi wyjechać nad morze! A nad morzem nie byłam od kilku lat! 
       Od września kończyły mi się moje oszczędności, więc już nie miałam pieniędzy na wykupienie książek, by móc je później sprzedać. Od innego znajomego, który pracuje w wydawnictwie i wykupił moje książki, dał mi kilka moich książek do sprzedania i mogłam mu oddać pieniądze po sprzedaży. 
W październiku przypomniało mi się, że odkładałam gdzieś w jedno miejsce dziesięcinę, a jeszcze jej nie dałam. Dostałam też w tym czasie ulotkę z fragmentem z Pisma Świętego: "Przy każdym darze twarz twoją rozpogódź i z weselem poświęć dziesięcinę! Dawaj Najwyższemu tak, jak On ci daje, hojny dar według swej możności! Ponieważ Pan jest tym, kto odpłaca, i siedmiokroć razy więcej odda tobie" (Syr 35, 8-10). Tak pomyślałam, że ciekawe, czy faktycznie Pan Bóg oddaje siedmiokroć więcej. Tak do końca temu nie wierzyłam, nie dowierzałam temu Słowu. Wysłałam moją dziesięcinę przelewem w piątek 30 zł. Następnego dnia szukałam koperty, by włożyć do niego list. Przypomniało mi się, że w biurku miałam jakieś koperty. Znalazłam kilka kopert, a w jednej z nich 20 zł, nieco zniszczone, jakby leżało tam co najmniej z rok. Nie wiedziałam, skąd się tam wzięło, jak ani ja nie wkładałam, ani moi rodzice, bo nie zaglądają do mojego biurka. Pomyślałam sobie, że to Pan Bóg mi oddał za moją dziesięcinę. Jeszcze przelew nie dotarł, a ja już dostałam w zwrocie 20 zł! Dodatkowo jeszcze kilka osób zamówiło u mnie moją książkę do kupienia. Mama mi przelała też pieniądze na konto, o czym nie wiedziałam. Tata zapłacił za moje nowe szkła do okularów, bo mnie by nie było stać, a refundacji z NFZ nawet nie mogłam dostać, bo co 2 lata można dostać refundację, a ostatnią dostałam w zeszłym roku. Choć 30 zł refundacji to i tak niewiele. A kilka dni temu dostałam wynagrodzenie 200 zł za moją pracę przy korekcie książki. Plus jeszcze rodzice wykupili mi leki i antybiotyk, a to też nieco kosztowało. Też mogłam pójść do fryzjera i obciąć włosy! Jak tak to wszystko policzyłam, to Bóg mi nie oddał siedmiokroć więcej, lecz 14-krotnie więcej!
       Najciekawsze i w sumie najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ja nie mam pracy od ponad roku, a mam i daję dziesięcinę! Miałam książki do sprzedania, więc z tego, co zarobiłam, mogłam odliczyć dziesięcinę. Dostałam zlecenie na korektę książki do wydania, to dostałam za to wynagrodzenie, to mogę znów dać dziesięcinę. Ja już wierzę w te słowa zawarte w Piśmie Świętym, że Bóg oddaje siedmiokroć więcej. Moje napisane świadectwa w tym wpisie świadczą o tym. Gdyby tak nie było, nie napisałabym tego. 
       Ten wpis składa się głównie z moich świadectw, doświadczeń z życia, bo wiem, że nic innego nie przemawia tak jak przykład z życia. Suche teorie i fakty nic nie wnoszą, jeśli nie poprze się tego przykładami. Mam nadzieję, że mój wpis zachęci wielu z Was do oddawania dziesięciny i by nie bać się oddać Bogu oddać sfery finansów. Chociaż ma się długi, nie ma się pracy, to warto hojnie dawać, bo Bóg naprawdę jest jeszcze bardziej hojny i odpłaca się wielokrotnie więcej, nawet więcej niż obiecał w słowie Bożym!
       
"Więcej szczęścia jest w dawaniu, 
aniżeli w braniu" (Dz 20, 35).

Na koniec rap Tau'a na temat pieniędzy:

niedziela, 5 listopada 2017

"Biedni. Jeżdżą z wywalonym jęzorem z miejsca na miejsce". Czy to źle?

Kochane Owieczki!
Ostatnio trafiłam na Facebooku na profilu znanego jezuity, w którym zamieścił wypowiedź Marcina Jakimowicza z GN  na temat uczestniczenia w spotkaniach Mamre, czy u ojca Daniela w Czatachowej, czy też w innych miejscach, gdzie organizowane są spotkania otwarte z Mszą Świętą w intencji o modlitwy o uzdrowienie i uwolnienie. Wypowiedź pana Marcina:

     "Mamre, Msze, które odprawia o. Witko. Łódzcy jezuici, gliwicka Odnowa, czy Czatachowa? A może Tyskie Wieczory Uwielbienia? Na wszelki wypadek sprawdzę wszystkie. Biedni. Jeżdżą z wywalonym jęzorem z miejsca na miejsce, z modlitwy o uzdrowienie na modlitwę o uzdrowienie. Skrzętnie prowadzą statystyki, „gdzie Duch Święty działa mocniej?”. Zaliczają po kolei kolejne sprawności. Łowcy charyzmatów, których nie doświadczają, bo nie potrafią ich bezinteresownie przyjąć. Nie chcą stać się niemowlętami, które nie dysponują żadną walutą czy listą dobrych uczynków. Nie wiedzą, że na pytanie „Boże, a ile to kosztuje?”, niebo pozostaje głuche.
„Wszystko, co pochodzi z Królestwa możesz jedynie otrzymać”. Biedni. Nie wiedzą, że charyzmaty otrzymuje się… służąc. Że to rzeczywistość: „dar darmo dany dla drugiego”. Że Bóg w rzeczywistości wiary przewraca prawa matematyki do góry nogami. Otrzymujemy… rozdając. Mnożymy dzieląc. Tak to działa w wersji dla chrześcijan".

  To jest dość ubliżający komentarz pana Marcina z GN, jeśli chodzi o członków wspólnot charyzmatycznych. Jest bardzo dużo takich wspólnot zarówno w Polsce, jak i w Europie. Pod wpisem o. Grzegorza Kramera znalazło się ponad 40 komentarzy. To komentarze zarówno popierające wpis o. Kramera, jak i przeciwne, negujące, a wręcz nawet oburzające. Jedna z osób napisała komentarz: "Wydaje mi się, że jak <biedni> jeżdżą, to właśnie dlatego, że są biedni w wierze i szukają uparcie drogi do Boga. Czy to źle?". 
     W tym poście/wpisie chciałabym przedstawić moje spojrzenie na tę kwestię. Warto się zastanowić nad tym komentarzem tej jednej osoby: Czy to źle, że biedni w wierze szukają uparcie drogi do Boga? Czy to źle, jeśli jestem poważnie chora, że szukam pomocy u Boga?
    Chciałabym się podzielić tutaj z Wami moim doświadczeniem i moją refleksją na ten temat. Żywą relację z Bogiem mam od ok. 7 lat. Wcześniej była to wiara tradycyjna, chodzenie na Mszę bardziej z obowiązku, rutynowo. Choć, kiedy byłam w gimnazjum, należałam wtedy do Ruchu Światło-Życie. Uczyłam się wtedy modlić, przebywać z Jezusem na Adoracji, czytać Pismo Święte. Wbrew pozorom to mi wtedy wystarczało, ale nie czułam, że Bogu na mnie zależy, że jestem dla Niego ważna i troszczy się o mnie, o moje zdrowie i chce bym była szczęśliwa. Było wręcz odwrotnie. W oazie uczyli mnie, że Bóg daje nam nakazy i wszystkiego zakazuje. Dziewczyny musiały chodzić w spódnicach i sukienkach, a jak nie to źle, nie są kobietami, nie są Maryjne. Wtedy tak naprawdę to u mnie była tylko zwykła, a może nawet fałszywa religijność, pobożność, spełnianie obowiązków. W rzeczywistości żyłam z dala od Boga, nie wybaczałam innym, pogrążałam się w rozpaczy i miałam wiele prób samobójczych. Próbowałam siebie niszczyć na każdy możliwy sposób. Dodatkowo czytałam horoskopy i nawet je spisywałam, by inni mogli przeczytać. Czytałam Harrego Pottera i oglądałam filmy o nim, robiłam wróżby andrzejkowe z wosku, kupowałam ciastka z wróżbami, słuchałam muzyki techno i reggae (tak, tej z kultem Jah). Można by tu wymieniać jeszcze wiele innych rzeczy, które robiłam, a jako chrześcijanka, katoliczka nie powinnam robić i grzeszyć przeciwko I przykazaniu. Co się jednak stało, że odeszłam od tych pogańskich praktyk? Co się stało, że teraz wiem, że Bóg jest żywy i obecny, chociaż Go nie czuję? Skąd wiem, że Bogu na mnie zależy i chce mnie uzdrawiać? 
     Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy w 2010 r. trafiłam na Kurs Alfa. Choć ten Kurs uważałam, że nie jest dla mnie, bo przedstawiane tam były informacje, o których wiedziałam, to jednak coś zaczęło się we mnie zmieniać. Przede wszystkim wiele zmienił weekendowy Kurs Nowe Życie, na którym usłyszałam, że nie muszę niczym zasługiwać na Bożą Miłość, bo Bóg mnie kocha za darmo i jestem cenna w Jego oczach. A całe życie wmawiano mi, ze miłość jest interesowna, trzeba sobie czymś zasłużyć, trzeba wypełniać nakazy, przestrzegać zakazów, bo Bóg nas za to ukarze. Bóg nie jest policjantem, jak to niektórzy Go za takiego uważają. 
     Chciałabym odnieść się teraz do komentarza o. Grzegorza Kramera. Jak to napisał: "Biedni. Jeżdżą z wywalonym jęzorem z miejsca na miejsce, z modlitwy o uzdrowienie na modlitwę o uzdrowienie. Skrzętnie prowadzą statystyki, <gdzie Duch Święty działa mocniej>". Tak, jestem biedna. Byłam biedna, że byłam 2 razy w Czatachowej. Byłam biedna, że byłam kilka razy na Mamre w Częstochowie. Byłam biedna, gdy u mnie w mieście byłam na Mszy o uzdrowienie, którą odprawiał o. Witko, choć jest u mnie raz na rok, może dwa. Jestem tak biedna, że chodzę na Msze o uzdrowienie w każdym miesiącu, dodatkowo jeszcze na Wieczory Chwały, gdzie również jest modlitwa o uzdrowienie. Jest w tym prawda, bo obecnie mam 14 chorób, w tym większość nieuleczalne, a w tym guza w mózgu, który obecnie ma 4 mm, choć możliwe, że się powiększył, gdyż z dnia na dzień mam coraz silniejsze bóle głowy, że ciężko mi wstać z łóżka, bo jedynie sen mi pomaga, by nie faszerować się lekami, które psują wątrobę. Bardziej jednak jeździłam, czy też chodzę tam, ponieważ mój duch choruje i potrzebuję uwolnienia i umocnienia duchowego. To na spotkaniu wspólnoty Mamre w Częstochowie Jezus mnie uwolnił od nieprzebaczenia i sprawił, że w końcu nauczyłam się wybaczać innym i wybaczyłam wielu osobom, którym nie potrafiłam wybaczyć przez wiele lat. Doświadczyłam również uwolnienia od dręczenia złego w postaci śmierdzących różańców, które śmierdziały siarkowodorem. Od maja już mi nie śmierdzą różańce! Nie czuję zgniłych jajek, różańce mnie nie palą. Mogłam trzymać w ręce różaniec. Nie mogłam otrzymać pomocy u mnie w miejscowości, bo nie mają czasu na dłuższe modlitwy, więc jeździłam do Częstochowy. Czy to źle? Czy to źle, że szukałam pomocy tam, gdzie mogłam ją otrzymać? Czy to źle, jeśli chodzę na Msze Święte z modlitwą o uzdrowienie i proszę Jezusa, by mnie uzdrowił, bo lekarze już powiedzieli, że zrobili wszystko ze swojej strony? 
   W tym czasie, gdy uczestniczyłam w różnych takich wydarzeniach, gdzie była modlitwa uzdrowienia, moje serce się zmieniało. Również zostałam fizycznie uzdrowiona z: migreny, bólów kręgosłupa, kataru siennego, jaskry. W zeszłym roku w październiku dowiedziałam się, że mam jaskrę. W listopadzie miałam 2 zabiegi laserowe oczu, obydwu oczu. Okulistka powiedziała, żebym kontrolowała się co pół roku, bo w każdej chwili może być nawrót. W tym czasie była też Msza w mojej intencji. W czerwcu br. byłam na Mszy Świętej z Adoracją i modlitwą o uzdrowienie i padło tam słowo, że osoba zostaje uzdrowiona z jaskry. Przyjęłam te słowa do siebie i uwierzyłam w to, że Jezus uzdrowi mnie z jaskry. 27 października br. miałam wizytę kontrolną u okulisty. Okulistka zrobiła mi dokładne badania i powiedziała, że na dnie oka nie ma śladów jaskry! Co ciekawe, pytała mnie, czy zabieg miałam tylko na prawym oku. Powiedziałam, że na obydwu. To nawet nie było śladu, że na lewym oku miałam zabieg!
     Jeśliby w najbliższych parafiach kościoły były otwarte, była w nich możliwość Adoracji, czy choć raz w miesiącu była Msza z modlitwą o uzdrowienie, to ludzie nie musieliby jeździć po całej Polsce, by szukać pomocy, albo jak to niektórzy określają "mocniejszego działania Ducha Świętego", czy też może nawet sensacji. Tylko trzeba jechać pół miasta, żeby móc pójść na Adorację, bo parafia jest zamknięta na cztery spusty. Gdyby w parafii było podawanych więcej intencji o uzdrowienie, nie trzeba by organizować "specjalnych Mszy Świętych". Jednak w parafiach jest więcej intencji o zmarłych, niż o żywych i ich uzdrowienie. Tak samo i jest to z przyjęciem sakramentu namaszczenia chorych. To nie jest sakrament przed śmiercią, dla tych, którzy umierają, lecz jest to sakrament dla żywych, którzy potrzebują uzdrowienia duchowego i fizycznego.
       Jednak jeśli chodzi o takie jeżdżenia z miejsca na miejsce, z rekolekcji na rekolekcje, gdzie będzie jakiś znany charyzmatyk: o. Bashobora, czy też Marcin Zieliński, to faktycznie z tym się zgodzę, że to mija się z celem. Przecież nie musimy być w każdym miejscu Polski, gdzie będą ci charyzmatycy. Nie musimy być na każdym wydarzeniu, czy rekolekcjach. Choć niektórzy tak niestety robią, że jeżdżą z miejsca na miejsce, gdzie tylko jest Marcin Zieliński. Nieraz przejadą pół Polski, albo nawet i całą, tylko po to, by zobaczyć Marcina i by się za nich pomodlił, jakby w ich miejscowościach nie było Mszy z modlitwą o uzdrowienie. Obecnie jest praktycznie w każdym większym mieście. Tu nie chodzi o wiarę charyzmatyka, czy ktoś zostanie uzdrowiony, choć to też jest ważne. Tu chodzi o naszą osobistą wiarę i chęć zbliżania się do Jezusa. Wiele osób zostało uzdrowionych, ale odeszło od Boga. Nie musisz jeździć pół Polski za Marcinem, uwierz po prostu, bo i w tym miejscu, w którym się znajdujesz, Bóg tak samo działa. Można pojechać raz, czy dwa na takie spotkania, by się umocnić w wierze i poczuć wspólnotę ludzi, którzy tam są. Doświadczyłam tego osobiście, będąc na rekolekcjach na Stadionie.
"Według wiary waszej niech wam się stanie!" (Mt 9, 29)

sobota, 23 września 2017

"Być jak Hiob. Doświadczenie Boga w kryzysie" ks. Michała Olszewskiego SCJ - recenzja

Drogie Owieczki!
Już ponad miesiąc nic nie wstawiałam tutaj na bloga, za co przepraszam. Choć chciałam pisać regularnie co niedzielę, ale jakoś nie jest to u mnie możliwe z pewnych względów. Chciałabym Wam przedstawić kolejną książkę ks. Michała Olszewskiego. Na początku ciężko mi było się zabrać za czytanie, ale w końcu jakoś przeczytałam. Książkę tę przeczytałam w lipcu, lecz jakoś nie mogłam się zabrać za napisanie jej recenzji. Jest to książka, która porusza temat kryzysu wiary i doświadczenia Boga w tym kryzysie.

Autor: Ksiądz Michał Olszewski SCJ
Wydawca: Wydawnictwo eSPe
Ilość stron: 110
     Książkę ks. Michała Olszewskiego SCJ pt.: „Być jak Hiob. Doświadczenie Boga w kryzysie” zaczęłam czytać, kiedy sama byłam w kryzysie.
     Książka ta nie ma osobnego wstępu, ani zakończenia. Rozpoczyna się rozdziałem, w którym znajduje się historia biblijnego Hioba. W tym rozdziale ks. Michał zachęca: „my musimy być takimi ludźmi – ludźmi, którzy z Panem Bogiem chodzą na co dzień pod rękę, którzy z Panem Bogiem są cały czas blisko, którzy z Panem Bogiem układają plany życiowe, którzy z Panem Bogiem rozmawiają, którzy do Pana Boga lgną. Tym, co cechowało Hioba i cechuje każdego człowieka Bożego jest praktyka codziennej modlitwy. Nie ma możliwości, byśmy byli ludźmi Bożymi, jeśli się nie modlimy”. Modlitwa może nas uratować w czasie kryzysu.
     Ksiądz Michał opisuje również ważną rzecz. Bóg może dopuścić działanie diabła w naszym życiu. Może pozwolić mu doświadczać nas cierpieniem. Z drugiej strony podkreśla również, że wiele osób w dzisiejszym świecie przypisuje zło Panu Bogu. A to człowiek jest sprawcą zła, który źle wykorzystuje wolną wolę. Kiedy człowiek jedzie samochodem pod wpływem alkoholu i traci życie, to jest jego wina. Kiedy przekracza prędkość i giną niewinni ludzie, to jest również jego wina. Grzech sprowadza śmierć. Autor podkreśla również, jak ważne jest posłuszeństwo Bogu i zwierzchnikom Kościoła. Przykładem, gdzie ksiądz i świeccy wypowiedzieli posłuszeństwo Kościołowi i Ojcu Świętemu jest ks. Natanek. Ksiądz Michał Olszewski tak pisze: „Episkopat Polski zakazał uczestniczenia w nabożeństwach z księdzem Natankiem, a ludzie pielgrzymkami podążają do Grzechyni, łamiąc zakaz Ojca Świętego, bo uważają, że ksiądz Natanek jest mądrzejszy niż Ojciec Święty i oni są mądrzejsi od Ojca Świętego”.
     Autor zachęca również, by nie używać wulgaryzmów, ponieważ jest to język diabła. Ksiądz Michał odkrył to podczas odprawiania egzorcyzmów. Do znaków działania złego ducha wymienia również pychę, kłamstwo, perfidię działania oraz tłumaczenie siebie.
     W książce tej urzekła mnie historia, którą już słyszałam kiedyś, ale w trochę innej formie. Kiedy jesteśmy w kryzysie, kiedy cierpimy, doświadczamy trudów choroby, Bóg wtedy niesie nas na rękach. Poruszają również świadectwa ludzi, których ksiądz Michał poznał. Z książki dowiedziałam się, że aby przetrwać kryzys, trzeba trwać przy Słowie Bożym, przynajmniej rozważać je nawet 5-10 minut, ale codziennie. Autor książki dzieli się, że jego kapłaństwo uratowała medytacja z fragmentami o świętym Piotrze. On zdradził Jezusa trzykrotnie. Jeśli i Ty masz podobnie, zdradzasz Jezusa swoimi grzechami, słabościami, masz kryzys w wierze, postaraj się codziennie być wiernym medytacji Słowu Bożemu. Na pewno przyniesie to owoce, jeśli nie od razu, na pewno w przyszłości.
     Bardzo polecam przeczytać tę wartościową książkę, która pokazuje, czym jest walka duchowa, którą toczymy. Walka o naszą wiarę.

Wpis powstał za współpracą z Wydawnictwem eSPe.