Dziś kolejna niedziela, kiedy mogę podzielić się z Wami rozważaniem do Ewangelii. Kolejna Ewangelia, która pokazuje, jak ważna jest wiara.
Fragment dzisiejszej Ewangelii:
"Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona" (Mt 15, 21-28) Dziś w Ewangelii czytamy i słyszymy historię kobiety kananejskiej, czyli poganki. Przychodzi ona do Jezusa i prosi Go, by się ulitował nad nią, a właściwie nad jej córką, która była "ciężko dręczona przez złego ducha". Taka kobieta dla Żydów była nieczysta, była dla niego jakby "gorszej kategorii". Jezus dwukrotnie odmawia jej pomocy. Jednak widzi jej wielką wiarę i spełnia jej prośbę. Ja osobiście wiem, jak to jest być dręczonym przez złego ducha. Od 12 lat mam mocne myśli samobójcze, koszmary senne i dręczenia złego w nocy. Kilka razy go widziałam. Chciał mnie zrzucić z łóżka i mówił, że mnie zabije. Wbijał mi swoje szpony na plecach, co bardzo mocno bolało i myślałam, że będę wyła z bólu, ale nie chciałam budzić innych. Od wielu złych duchów Jezus mnie uwolnił, więc również wiem, jak to jest być wolnym. Z niektórymi jeszcze walczę, walczę o wolność, lecz właśnie... brakuje mi już wiary, że Jezus może mnie w pełni uwolnić od wpływu złych duchów. Kilka dni temu stwierdziłam, że się poddaję, że nie chcę już walczyć o wolność, że to nie ma sensu. Nie mam już nawet siły mówić Jezusowi, by mnie uwolnił i uzdrowił z tych wielu chorób. Poganka ma większą wiarę ode mnie. Ona była wytrwała i mocno wierzyła w to, że Jezus może uzdrowić jej córkę. A jak jest z Twoją wiarą i wytrwałością? Czy wierzysz w to, że Jezus może uwolnić Cię od depresji, smutku, samotności, nałogów? Czy masz tyle wiary?
Postanowiłam poruszyć kolejny bardzo ważny temat i również kontrowersyjny, jak robienie tatuaży.
Zobaczyłam na Facebooku, że mój kolega, praktykujący katolik jest zainteresowany wydarzeniem związanym z jogą. Napisałam do niego, czy jest świadomy, że jest to zagrożenie duchowe. Wysłał mi do przeczytania artykuł jezuity, Wojciecha Werhuna. Link turaj: https://m.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,2857,joga-taka-zla.html.
W swoim artykule jezuita, Wojciech Werhun odwołuje się do świadectw osób, które już wcześniej były zaplątane w zło. Nie podaje jednak świadectw osób, które były praktykującymi katolikami i mocno wierzącymi. Dlatego też chciałabym się z Wami podzielić takim świadectwem, kiedy to ja brałam udział w jodze.
Nie każdy z Was wie, dlatego przybliżę Wam moją historię. Ja zawsze byłam wierząca, od małego chodziłam do kościoła i się modliłam, więc zawsze byłam blisko Boga. Kiedy byłam w gimnazjum, zaczęłam bardziej przybliżać się do Boga i należałam do Ruchu Światło - Życie. Później w liceum byłam jakiś czas w KSMie, zaczęłam jeździć na spotkania dla młodzieży nad Jezioro Lednickie, chodziłam co miesiąc na tzw. kuźnię młodych.
W 2010 roku szłam na I rok studiów, więc szukałam też wspólnoty studenckiej, gdzie będą rówieśnicy. Tak trafiłam do Duszpasterstwa Akademickiego. Wtedy też usłyszałam o Kursie Alfa, który prowadziły wtedy tam dwie wspólnoty charyzmatyczne i postanowiłam zobaczyć, co to za Kurs. Okazało się, że to Kurs, który przybliża do Boga, pomaga w nawiązaniu żywej relacji z Nim. Zaczęłam na niego chodzić, choć miałam sceptyczne nastawienie. Nie widziałam wcześniej takiego uwielbienia, jak oni prowadzili. Nie wiedziałam, czym są charyzmaty i jak działa Duch Święty. Wtedy właśnie też zaczęłam studia licencjackie, na których w ramach w-fu mieliśmy prowadzone zajęcia z jogi i każdy musiał w nich uczestniczyć, a jeśli się ominęło jakieś zajęcia, to dodatkowo trzeba było przyjść w innym dniu i je odpracować. Wtedy, gdy zaczęłam ćwiczyć jogę, zaczęło się pogarszać duchowo. Nie poszłam na kilka spotkań Kursu Alfa, nie chciałam chodzić do Duszpasterstwa Akademickiego i nie chodziłam jakiś czas. Zaczęłam pić alkohol, czego wcześniej nie robiłam. Chodziłam na koncerty hip-hopowe, które były wulgarne i w których nie powinnam uczestniczyć. Wpadłam w złe towarzystwo, które żyło z dala od Boga. Zaczęłam również chodzić na wagary, tzn. często nie chodziłam na obowiązkowe zajęcia na studiach. Zagubiłam się bardzo, przez co jeszcze bardziej nienawidziłam i siebie i innych. Dodatkowo jeszcze miałam problemy z nauką i groziło mi, że nie zdam semestru na studiach. Miałam też mocne myśli samobójcze, a nawet i próby, które głupio się skończyły. Raz potrąciłam dziewczynę, której mocno leciała krew po tym zderzeniu. Nie widziałam sensu życia. Miało ono dla mnie tylko czarne barwy. Później jednak jakoś wróciłam na spotkania Kursu Alfa, bo brakowało mi tych osób, ich bezinteresownej miłości, której nie doświadczałam od innych. I chociaż próbowałam się modlić, to nie mogłam się skupić. Nadal musiałam uczestniczyć w zajęciach z jogi, które były prowadzone na studiach.
Niby od początku ten w-fista nam mówił, że to nie ma żadnego odniesienia duchowego. A jednak mieliśmy robić dziwne pozycje, jakieś drzewo, ułożenie w kształcie embrionu, powitanie słońca, czyli jakaś medytacja, by to słońce wyszło, bo go nie było akurat podczas zajęć. Najgorsze zajęcia były, gdy ten w-fista kazał nam się położyć na tych odpowiednich matach i mówił nam, że nasze dusze nas opuszczają i lecą nad uczelnią, mijając poszczególne miejsca. Czy to nie jest wchodzenie w świat duchowy? A tak nam w-fista mówił, że żadnych takich praktyk nie będzie stosował... Na szczęście w końcu zwolnili tego w-fistę i w następnym semestrze i nowym roku już nigdy nie mieliśmy zajęć z jogi. Nie wiem, jaka była przyczyna zwolnienia tego w-fisty.
Kilka lat później trafiłam do sąsiedniej parafii, gdzie była konferencja diecezjalnego egzorcysty. Mówił on na temat I przykazania i jego form łamania, w tym także zagrożeń duchowych. Do tych zagrożeń duchowych należała joga. Wtedy przypomniały mi się wszystkie te dziwne pozycje i ćwiczenia, które robiliśmy na zajęciach z jogi. Przez ponad tydzień po tej konferencji ciągle mi się one przypominały. To Duch Święty mi pokazał, że powinnam się z tego wyspowiadać, że jest to grzech przeciw I przykazaniu, a ja jego do tej pory nie oddałam w spowiedzi. To również musiałam sama sobie wybaczyć, że brałam udział w takich praktykach. Dopiero, gdy poszłam do spowiedzi i powiedziałam spowiednikowi, że uczestniczyłam w zajęciach z jogi, mimo iż nie były do końca z mojej woli, bo miałam je z góry narzucone przez uczelnię, to wtedy Jezus mnie uwolnił od tych natrętnych myśli związanych z tymi ćwiczeniami i już nigdy one nie wróciły, nigdy mi się nie przypominały te wstrętne pozycje.
Czy praktykujący katolik może ćwiczyć jogę? Myślę, że po moim świadectwie, jeśli je przeczytaliście, to znacie odpowiedź na to pytanie. Przez ćwiczenie jogi można naprawdę bardzo pogubić się duchowo, oddalając się od Boga i praktyk religijnych. Jest to poważne zagrożenie duchowe, a im dłużej się praktykuje, tym gorzej z tego wyjść i robi to jeszcze większe spustoszenie w życiu.
W książce Mileny Wróbel, pt.: Żółty piach na uroki. Bezdroża medycyny naturalnej" przeczytałam jej świadectwo o uczestnictwie w jodze, którą praktykowała wiele lat. Milena tak pisze w swojej książce:
"Pewnego razu podczas modlitwy z nałożeniem rąk, prowadzonej przez księdza Jarosława, poczułam ogromny ból, jakby ktoś wbijał mi miecz w brzuch. Później zrozumiałam, że były to miejsca czakr, a ból pojawił się na skutek mojego uwikłania w jogę. Ksiądz Amorth mówi wprost: "Joga to dzieło szatana, otwiera czakry, w których zamieszkuje demon, po to, by nami zawładnąć" (s. 151).
Milena Wróbel pisze również, że była we Włoszech na egzorcyzmie u ks. Amortha. Na koniec polecam posłuchać siostry Michaliny Pawlik, która spędziła kilka lat w Indiach i ma ogromną wiedzę na temat ich kultury.
Już bardzo dawno nie pisałam tutaj refleksji do niedzielnej Ewangelii. Postanowiłam w końcu wrócić do rozważań, na ile to będzie możliwe.
Dzisiejsza Ewangelia jest trochę o odwadze, jak również i o lęku. Dwie sprzeczności.
Fragment dzisiejszej Ewangelii:
"Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym" (Mt 14, 22-33). Dzisiejsza Ewangelia przedstawia Piotra, który został pierwszym papieżem. Najpierw zachowywał się niczym prawdziwy chojrak, że "co to nie on". Jak Jezus mówi, że może chodzić po wodzie, to może to zrobić. Piotr ma charakter choleryka. Najpierw robi, zanim pomyśli. Wchodzi do wody, idzie jakiś czas, a gdy nagle wieje wiatr, boi się i zaczyna tonąć. Tonie, ponieważ skupia się na lęku, traci z oczu Jezusa. Tonie, ponieważ zaczyna wątpić w to, że może dojść do Jezusa. Jezus zaś zarzuca mu, że ma małą wiarę. On, który jest pierwszym papieżem. Ma słabą wiarę, ale również i lęki. Udaje chojraka, mocno wierzącego, stąpającego po twardym gruncie, a w gruncie rzeczy jest boi dudkiem i mało wierzącym. Postawa św. Piotra pokazuje mi, że każdy może mieć swoje słabości. Każdy może się bać, mieć kryzys w wierze. Każdy może mieć chwile zwątpienia, nawet święci, a nawet i papież. Mogę mieć chwile zwątpienia, mogę mieć kryzys w wierze, nawet jeśli jestem we wspólnocie i się w niej formuję. Od dłuższego czasu mogliście zauważyć, że nie wstawiałam żadnego wpisu z moim świadectwem, które by Was mogło pokrzepić i podbudować. Tak jak św. Piotr mam chwile zwątpienia, kryzysu. Duchowo tonę w ciemności, bo skupiłam się na tym, co złe w moim życiu. Straciłam gdzieś z oczu Jezusa, że On jest przy mnie i w każdej chwili może uciszyć burzę, w której się znalazłam. Z pozoru mogę udawać chojraka przed innymi, że wszystko jest ok, uśmiechać się i szczerzyć do innych. Ale po co? Jestem boi dudkiem, przerasta mnie ta burza i czasem wolę tonąć. Wiem jednak, że Jezus jest przy mnie i nie pozwoli mi się całkiem utopić. Stawia ludzi na mej drodze, którzy wspierają mnie modlitwą, spotykają się ze mną, bym nie czuła się samotna i pozostawiona samej sobie. Jeśli masz w swoim życiu podobnie, że tracisz wiarę, masz kryzys, masz chwile zwątpienia i pochłania Cię lęk, to wołaj do Jezusa: "Panie, ratuj mnie!" Wołaj cały czas, módl się nawet tylko takimi słowami, a Jezus na pewno przyjdzie Ci z pomocą. Ja w to wierzę, że i mój kryzys kiedyś minie, że wróci silna wiara, a Jezus uwolni mnie od wszelkiego lęku. Jest taka historia:
We śnie szedłem brzegiem morza z Panem, oglądając na ekranie nieba całą przeszłość mego życia. Po każdym z minionych dni zostawały na piasku dwa ślady mój i Pana.
Czasem jednak widziałem tylko jeden ślad odciśnięty w najcięższych dniach mego życia.